Wajrak: Nie dotarłem do źródeł Łutowni, za to nasłuchałem się wycia wilków. Tylko ich posłuchajcie!

Adam Wajrak tłumaczy krok po kroku dlaczego ludzie łykają antywilcze narracje i specjalnie dla naszych czytelników publikuje nagranie wycia wilków z Puszczy Białowieskiej.


Piękna, mroźna noc. Wracałem do domu po nieudanej próbie dojścia na nartach do źródeł Łutowni, uroczej puszczańskiej rzeczki, płynącej na północ od naszego domu w Teremiskach.


Była to już zresztą kolejna próba zakończona niepowodzeniem. I nie dlatego, że napotkałem jakieś straszne przeszkody terenowe, ale trochę przez lenistwo i roztrzepanie. Z Teremisek wyszedłem trochę za późno. Ciemność nie pozwoliła na kontynuowanie wycieczki. To jednak bez znaczenia, bo najważniejsze są przygody po drodze, a nie osiągnięcie celu. Wyprawa do źródeł Łutowni była tylko pretekstem.


Najpierw sunąłem po zmrożonym śniegu, zakrywającym las i łąki, a po chwili po gładkim lodzie skuwającym Łutownię. Coś wspaniałego.

Nie ma chyba nic lepszego niż zimowy spokój, mroźna cisza i nartowanie.

I nagle ta cisza została przerwana.


Wajrak: "Przyznaję, że przeszedł mnie lekki dreszcz emocji"


Usłyszałem je w miejscu, gdzie Łutownia przecina Drogę Pojedynacką. Długie i przeciągłe wycie wydobywające się z wielu gardeł. Gdzieś w oddali za moimi plecami wyła wilcza rodzina.


Kolejny raz wilki odezwały się, kiedy po kilkunastu minutach dotarłem do miejsca w którym Łutownia przecina Drogę Tomaszową. Tym razem wycie dochodziło z zachodu, z bardzo bliska. Było, można powiedzieć na wyciągnięcie ręki. Brzmiało tak, jakby wilków było bardzo dużo.

Wilcze rodziny w Puszczy Białowieskiej liczą teraz nawet do kilkunastu członków.


Drugie zawołanie brzmiało jak odpowiedź na wcześniejsze. Czy to jedna rodzina odpowiadała drugiej – co według badań zdarza się rzadko, czy też jak to bywa znacznie częściej była to rozmowa wewnątrz wilczej familii, która się rozdzieliła? Nie mam pojęcia.


Potrafiłem jednak wyraźnie odróżnić długie, głębokie i równe wycie dorosłych od wysokiego i nieco chaotycznego - młodych. Wróciłem do domu zachwycony. Nie przerażony, ale właśnie zachwycony. Choć przyznaję, że przeszedł mnie lekki dreszcz emocji.


Mam nieco więcej spotkań z wilkami niż przeciętny człowiek. Choć specjalnie za nimi nie chodzę, ani ich nie tropię to z racji miejsca, w którym mieszkam, spotykam je całkiem często. Zdarzało się, że wilki zbliżały się do mnie naprawdę blisko (oczywiście kiedy byłem zamaskowany).

Pewna wilczyca niosąca w pysku nogę jelenia - zapewne, by nakarmić nią młode - zatrzymała się kiedyś obok mnie tak blisko, że wypełniła mi cały kadr.


Innym razem, w biały dzień wystarczyło przykucnąć i zasłonić twarz i ręce, aby dwa wilki podeszły do mnie i kręcącego nasz program operatora Krzysztofa Skroka na odległość około 5-6 metrów.


Najczęściej wilki krążyły w pobliżu, gdy znajdowałem ich świeże ofiary. Jedno z takich zdarzeń zapamiętałem szczególnie dobrze. Znalazłem zabitego łosia. Przez moment miałem nawet kłopot z ustaleniem, czy to aby na pewno łoś. Wyglądał jakby zmieliła go maszyna.

Na zielonym mchu pokrywającym powalone drzewo leżał kawał jego wyrwanego kręgosłupa, a woda w pobliskiej małej strudze jeszcze czerwieniła się od krwi.

Zapadał zmrok, a wokół krążyły wilki. Widziałem ich szare grzbiety, najlepiej wtedy gdy przebiegały po zwalonych kłodach. Zapewne czekały aż odejdę i dam im skończyć kolację.


Wilki wolą chodzić po ubitym śniegu


Całkiem często widzę też, że wilki chodzą po moim śladzie narciarskim. Sunę gdzieś, a potem wracam i widzę świeże odciski łap na śladzie, który zostawiłem. Czasami drepcze nim cała wilcza gromadka. I dzieje się to godzinę, może pół po moim przejściu. Można odnieść wrażenie, że wilki po prostu za mną idą, ale wytłumaczenie jest nieco inne i zarazem proste.

Wilki to mądre zwierzaki wola iść po ubitym śladzie, bo tak wygodniej.

W Teremiskach wilki pojawiają się całkiem regularnie niedaleko mojego domu. Bywają okresy, w których przychodzą co noc. Ostatnio pojawiły się dwa dni temu, po to by dojeść resztki jelenia którego wcześniej upolowały.



W dzień też je widujemy. Niedawno wilk spacerował po naszej szosie, takiej teremiszczańskiej głównej arterii. Zatrzymał się przed naszą bramą. Nie zauważyłbym go, gdyby nie ujadanie Lolka, który jak przystało na psa z domieszką krwi owczarka, bardzo mocno i nerwowo reaguje na obecność tych drapieżników.


W towarzystwie naszych psów - Lolka, a wcześniej Antonii - też spotykałem wilki w Puszczy. Gdyby nie były na smyczy mogłoby to się dla nich skończyć źle, ale właśnie dlatego, że

to nielegalne nigdy w lesie nie puszczamy psów luzem.

Pewnie zastanawiacie się teraz, czy miałem jakieś niebezpieczne sytuacje z wilkami.


Wajrak: "Tylko jedno zwierzę mnie omal nie zabiło"

Odpowiadam wprost: nigdy. Ani ja ani nikt z moich przyjaciół tropiących, obserwujących, badających i fotografujących wilki.


W całym moim życiu trzy razy pogonił mnie za to żubr:

  • Pierwszy raz, gdy zbliżyłem się za bardzo, zachwycony możliwościami nowego aparatu,

  • i dwa razy, gdy nie przyszło mi do głowy, że żubry - bardzo gustujące w żołędziach - uznają mnie za konkurencję do tego przysmaku.

Łącznie daje to trzy przypadki na tysiące spotkań z żubrami.

W Tatrach widziałem natomiast, jak niedźwiedzica, niczym zjeżony kot ruszyła na naszego reżysera Andrzeja Załęskiego, bo nagle razem z dwójką młodych znalazła się między nim, skalną ścianą a resztą ekipy.

Niedźwiedzica poczuła  się osaczona.

Na szczęście dla nas skończyło się tylko na strachu.


Tylko jedno zwierzę mnie omal nie zabiło. Była to osa, która wpadła do puszki z napojem i użądliła mnie w język, kiedy chciałem się napić. Tylko dzięki szybkiej interwencji przyjaciela znalazłem się w szpitalu, co uratowało mi życie.


Takiego natłoku bzdur nie doczekał się żaden gatunek oprócz wilków


Jak więc widzicie, na mojej liście niebezpiecznych spotkań ze zwierzętami nie ma wilków.

Dlatego słucham tych wszystkich ostrzeżeń przed wilkami i relacji z ich „ataków" jak bajki o... no właśnie, o żelaznym wilku. Takiego natłoku bzdur chyba nie doczekało się, żaden gatunek.  

Wilki to chyba jedyne zwierzęta, które atakują na odległość, bez fizycznego kontaktu. Wystarczy, że na kogoś spojrzą i już media grzmią o wilczym ataku.

Nie wierzycie, że można wilki oskarżać o atak, gdy nikt nawet nie został draśnięty? Oczywiście, że można. Oto całkiem świeże przykłady:

  • serwis internetowy „Tygodnika Solidarność" 17 lutego trąbi w nagłówku, że „Wilki zaatakowały dziecko na dworcu kolejowym. Nastolatka ledwo uszła z życiem",

  • serwis Planeta.pl nagłówek: „Atak wilków. Wataha osaczyła dziecko".

Czytając można odnieść wrażenie, że dziecko zostało przynajmniej ranne. Wilki, i tu chyba nikt nie ma wątpliwości to świetni i bardzo skuteczni myśliwi, gdyby chciały nie miały by żadnego problemu z dogonieniem i zabiciem nawet dorosłego człowieka.

Tymczasem dziecku nie spadł włos z głowy.


Ot banalna historia z serii "strach ma wielkie oczy" o sytuacji, w której nie było żadnego zagrożenia. Wracające do domu, koło godz. godz. 22 dziecko zobaczyło zwierzęta w pobliżu stacji kolejowej otoczonej lasem. Dziewczynka oczywiście się przestraszyła. Widząc wilki - a tak naprawdę jednego wilka - uciekła i schowała się na maszynach budowlanych zaparkowanych w pobliżu stacji i zadzwoniła do rodziców.


Z relacji matki, od której wzięła się ta historia wynika, że wilki były 25-50 metrów od dziecka, natomiast z tropienia na śniegu przeprowadzonego przez specjalistów z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Katowicach wynika, że wilk (jeden!), rzeczywiście szedł wzdłuż pobliskiej drogi.

Specjaliści ocenili, że znajdował się około 150 metrów od dziewczynki i zmierzał w kierunku lasu.

Rozumiem więc przerażenie dziecka, panikę matki już trochę mniej. Natomiast opisywanie tego przez media jako ataku w ogóle nie rozumiem. To nawet nie jest nadużycie, a zwykłe kłamstwo.


A czy wilk w odległości kilkudziesięciu, czy nawet kilkunastu metrów od człowieka jest dla niego zagrożeniem? W końcu przed momentem napisałem, że to bardzo sprawne drapieżniki. Proponuję proste ćwiczenie.


Wajrak: Dlaczego ludzie łykają głupie i nielogiczne antywilcze narracje?


Zamiast wilka wstawmy w to samo miejsce np. niedźwiedzia (równie sprawnego drapieżnika), albo jeszcze lepiej psa – psy wszak ranią w Polsce rocznie ponad 20 tys. osób. Bywają lata gdy pozbawione opieki psy zabiją kilka osób. W zeszłym roku jesienią pozbawione nadzoru i źle utrzymywane psy rozszarpały dorosłego mężczyznę.


Wstawiamy więc psa w miejsce wilka i piszemy, że nastąpił atak, bo pies zbliżył się do człowieka na  odległość kilkudziesięciu metrów, a może nawet to skróćmy do kilkunastu metrów. Podobnie będzie z potężniejszym niedźwiedziem, któremu od czasu do czasu - głównie przez ludzką głupotę albo nieuwagę - zdarza się kogoś poturbować.



Przy podstawieniu w miejsce wilka niedźwiedzia, albo psa historyjka - w naszych mózgach - zaczyna się sypać. Nie napiszemy, że np. pies zaatakował dziecko w przypadku, gdy zbliży się do niego na kilkadziesiąt metrów albo przebiegnie drogą gdzieś w pobliżu, bez fizycznego kontaktu albo wyraźnych oznak agresji, takich jak warczenie, albo szczerzenie zębów.

Podobnie nie napiszemy tego ani o dziku, ani o niedźwiedziu, ani o żubrze.


W przypadku tej trójki albo psa, o ataku mówilibyśmy tylko, gdyby ktoś został poraniony, albo gdyby przynajmniej atak został w jakiś sposób odparty. Żaden najbardziej naciągający rzeczywistość pracownik mediów czy dziennikarz nie ogłosi światu, że pies zaatakował dziecko, kiedy tylko ten pies się na kogoś popatrzy.


W przypadku wilka jest natomiast inaczej. Co zatem takiego w naszych mózgach tkwi, że nie tylko media, ale również ludzie potrafią tak ławo łyknąć tak głupią i nielogiczną antywilczą narrację? 

Powodów jest kilka.


Pierwszy: historia naszego gatunku, która zaczęła się na afrykańskiej sawannie to opowieść o unikaniu spotkań z drapieżnikami. Od tego zależało nasze życie. Strach przed drapieżnikiem, podobnie jak strach przed obcym mamy zapisany w genach. Gdy zamykamy oczy i wyobrażamy sobie potwora, ma on zazwyczaj postać zwierzęcą.


Drugi: przez wieki z wilkami konkurowaliśmy o zasoby. Mieliśmy im za złe zabijanie najpierw „naszych" jeleni, potem „naszych" owiec, a dziś jednego i drugiego. Ponadto, przecież psy to udomowione wilki, a my nienawidzimy tych co się nie podporządkowali. To dlatego wilkom w wielu krajach Europy już we wczesnym Średniowieczu wydano bezwzględną wojnę.

Do tej eksterminacji poza wykonawcami i narzędziami trzeba mieć jeszcze stosowną opowieść. Zasada ta dotyczy zwierząt jak i grup ludzi, które zostają skazane na zniszczenie.

Tak wilk został „krwiożerczym" potworem, który morduje, dusi, albo - to ulubione słowo myśliwych - „zarzyna" ofiary. Stąd opowieści z wilkołakami i Czerwonym Kapturku, mocno tkwiące w naszych głowach. Zwykle siedzą uśpione, ale jak w okolicy pojawi się wilk, uwalniają się z całą mocą.


Powód trzeci: wilki rzeczywiście pojawiają się w miejscach, gdzie ich nie było od dawna. "Od dawna", czyli od 100-200 lat. I choć jest to powrót, któremu daleko jeszcze do stanu sprzed eksterminacji, jaka miała miejsce w większości Europy w XVIII i XIX wieku to dla wielu społeczności wilki są czymś nowym, a raczej „obcym".


Często te społeczności nie potrafią sobie poradzić z pojawieniem się wilków, np. nie potrafią albo nie chcą  zabezpieczać zwierząt gospodarskich. Ludzie chcą, by było tak jak „zawsze", czyli wtedy gdy wilków nie było.


Wilk w przeciwieństwie do myśliwego nie pomyli dzika z człowiekiem


Do tego władze samorządowe celowo lub nie, podgrzewają te obawy. To widać choćby w ogłoszeniach, jakie wydają, gdy wilki się pojawią. Chyba ani razu w tych ogłoszeniach nie widziałem sformułowanie „informujemy o pojawieniu się wilków w okolicy".


Dominuje przekaz: „ostrzegamy, że w okolicy zauważono wilki" i nawet jak idą za tym sensowne informacje o tym, jak się zachować, to słowo „ostrzegamy" robi swoje w głowach ludzi. Ostrzega się przecież przed niebezpieczeństwem.


Powód czwarty: Myśliwi, zwarta i wciąż wpływowa grupa wzięła wilki na celownik. I nie chodzi im o konkurencję o jelenie. Wiadomo, że tam gdzie są wilki jelenie mają się dobrze. Tu chodzi o konkurencję o ludzkie dusze i umysły, albo jak kto woli o odwracanie uwagi.

W cywilizowanych społeczeństwach jest coraz mniej akceptacji dla zabijania zwierząt dla sportu.

A naszym myśliwym - w przeciwieństwie do wilków - zdarza się wciąż - przez pomyłkę - zabijać ludzi. Wilk nie pomyli przecież dzika z człowiekiem.


Myśliwi potrzebują też figury wilka, by opowiadać potem, że przed kimś trzeba „bronić" lokalnych społeczności. To ma im dać rację bytu i poczucie misji, odwrócić uwagę od pomyłek, jak strzelanie do nierozpoznanego celu. A wilk ze względu na to wszystko, co napisałem wcześniej, idealnie się do tego nadaje.


I wreszcie powód piąty: wilki to idealny cel dla populistów. Nie tylko ze skrajnie prawicowych partii, jak Konfederacja, ale również populistów przebranych w dobre skrojone, europejskie garnitury.


Odszkodowania wypłacane rolnikom za szkody wilków to około 3 mln zł rocznie


Przypomnę, że w zeszłym roku Europejska Partia Ludowa (EPP), do której należy Platforma Obywatelska, dopięła swego i po latach antywilczej kampanii obniżyła status ochrony wilka w Europie. Stało się to niestety przy udziale Polski, która zagłosowała za tym, by wilki nie były już ściśle chronione.

Trudno mi uwierzyć, że wydarzyło się to bez błogosławieństwa premiera Donalda Tuska, jednego z liderów EPP.

Winę za to ponoszą również koalicjanci, którzy nie potrafili się temu przeciwstawić.


Oczywiście rząd spotkał się z falą oburzenia, bo wyborcy oczekiwali innego stosunku do przyrody i dla tego działania nie było żadnego uzasadnienia. Wpływ wilków na hodowlę zwierząt jest marginalny

Odszkodowania wypłacane rolnikom to około 3 mln zł rocznie – niewielkie pieniądze w budżecie państwa.

Wilki odpowiadają, za mniej niż procent upadków bydła, mniej niż ćwierć procenta śmiertelności cieląt oraz nie więcej niż 3 proc śmiertelności owiec. Podobnie jest w całej Europie.


Wilki mają wciąż masę terenów do zasiedlenia, w Europiei i Polsce. Bez tych drapieżników nie mogą funkcjonować naturalne ekosystemy, a bez naturalnych lasów nie poradzimy sobie z katastrofą klimatyczną. Wilki spełniają też ważną rolę w ograniczaniu afrykańskiego pomoru świń (ASF). Ograniczają też rozprzestrzenianie się obcych gatunków. Tam, gdzie są wilki środowisko jest zdrowsze i bardziej odporne.


Tymczasem ruch rządu niewątpliwie wzmocnił antywilczą kampanię. Myśliwi poczuli wilczą krew. Dotąd argumentem za tym, by do wilków w Polsce nie strzelać było to, że są chronione w Europie. Zapewnienia rządzących, że wilk pozostanie w Polsce chroniony zabrzmiały mocno fałszywie.



Tym bardziej, że związany z PSL-em minister rolnictwa Czesław Siekierski natychmiast zażądał zmiany w statusie wilka: - Populacja wilka przekracza dopuszczalny stan, jest ich za dużo - powiedział PAP.


Nie wiem skąd Siekierski ma takie dane i co oznacza „za dużo".

W najlepszym razie mnożna uznać, że rząd nie tyle wypuścił dżina z butelki, ale bardzo wzmocnił tego który już krążył.


Nie ma żadnej poważnej kampanii przeciwstawiającej się narastającej antywilczej histerii. Za taką kampanię trudno uznać wpisy z wilczymi wiadomościami umieszczane na platformach społecznościowych przez niewiele mogącego wiceministra środowiska Mikołaja Dorożałę.


Idziemy więc prostą drogą do zdjęcia ochrony z wilka również w Polsce. A to jak wynika z doświadczeń innych krajów nie rozwiązuje żadnych problemów. 

Straty w zwierzętach gospodarskich nie maleją tylko rosną, bo rozbitym wilczym rodzinom trudniej polować na dzikie zwierzęta.

Rośnie też strach, bo przecież wilki muszą być groźne skoro myśliwi na Zachodzie do nich strzelają!


Z tej drogi może zawrócić nas solidna kampania informacyjna. Nie tylko odkłamująca antywilcze narracje, ale pokazująca fakty. Wzbudzająca dumę, z tego że mamy w Polsce wilki. Kampania nie prowadzona przez NGO-sy tylko właśnie rządowa.

Czy to możliwe?

Chciałbym, ale chyba wszyscy wiem, że rząd ma kłopot z takimi działaniami, nie tylko w przypadku wilków.  


#zwierzeta #wilki #adamwajrak #gazetawyborcza

wyborcza.pl

Komentarze (4)

Może niedługo uda mi się takiego wilczego skurczybyka zobaczyć na własne oczy, co będzie diabelnie trudne, bo strasznie się czają. Jak na razie miałem okazję co najwyżej je słyszeć podczas moich leśnych rekonesansów. Ech, kolejne szanse przyjdą w tym roku.

Zaloguj się aby komentować