USA marzą o "maszynce do robienia pieniędzy". Ale wszystko zależy od Izraela. Trzy scenariusze na stole

hejto.pl

Wszystko wskazuje na to, że Waszyngton rozważa konkretne cele operacji lądowej przeciwko Iranowi. Donald Trump może otworzyć puszkę Pandory, ale największy wpływ na przyszłość może mieć przede wszystkim cicha wojna Izraela.


Tajne ataki, ukierunkowane zabójstwa, reżim pod presją — i nagle bardzo niebezpieczny scenariusz staje się bardzo realistyczny. Czy Trump wyśle amerykańskie siły lądowe do Iranu? Z jednej strony Izrael wstrząsa irańskim aparatem władzy domniemanymi operacjami Mosadu; z drugiej — Stany Zjednoczone najwyraźniej rozważają kolejny krok.


Nie chodzi o wielką inwazję, lecz o precyzyjne operacje lądowe przeciwko kluczowym celom. Idea jest taka: uderzyć, zanim nowa ekipa przywódcza w Teheranie się ustabilizuje. Ale od czego dokładnie Amerykanie mogliby zacząć? I tu w grę wchodzą trzy scenariusze — a każdy z nich wiąże się z ogromnym ryzykiem eskalacji.


1. Wyspa Chark: atak na irańską maszynkę do robienia pieniędzy

Żaden cel nie byłby tak kluczowy z ekonomicznego punktu widzenia — i tak ryzykowny — jak wyspa Chark. Około 90 proc. irańskiego eksportu ropy przechodzi przez tę niewielką wyspę. Amerykańska ofensywa w tym miejscu nie byłaby symbolicznym ciosem, ale ekonomicznym duszeniem. Logika jest następująca: zajęcie wyspy, zatrzymanie eksportu ropy, wywarcie presji na reżim — i w ten sposób wymuszenie negocjacji.

Pod względem militarnym podbój jest wykonalny. Pod względem politycznym i operacyjnym sprawa staje się delikatna. Chark leży zaledwie około 25 km od irańskiego wybrzeża. Wojska amerykańskie byłyby tam stale narażone — stałyby się celem ataków dronów, rakiet lub łodzi motorowych.


Większa siła oddziaływania leży zresztą gdzie indziej. Atak na Chark natychmiast wstrząsnąłby światowym rynkiem ropy. Teheran mógłby zniszczyć infrastrukturę, aby jej nie stracić. Konsekwencją byłby szok wykraczający daleko poza region, z bezpośrednimi skutkami gospodarczymi również dla Europy.


2. Cieśnina Ormuz: kontrola zamiast podboju

Strategicznie jeszcze ważniejsza jest cieśnina Ormuz. Tutaj rozstrzyga się nie tylko los wojny, ale także przepływ energii na świecie. Według dziennika "The New York Times" plany USA skupiają się mniej na okupacji, a bardziej na ukierunkowanych atakach na irańskie wyrzutnie rakietowe, stanowiska radarowe i bazy dronów wzdłuż wybrzeża oraz na wyspach takich jak Larak czy Abu Musa.


Schemat jest jasny: celowe wyeliminowanie irańskich rakiet, dronów i systemów nadzoru, czyli dokładnie tych środków, za pomocą których Teheran kontroluje cieśninę Ormuz. I tutaj szczególnie wyraźnie widać efekt ofensywy Mosadu. Izraelskie ataki na irańskie struktury dowodzenia i kluczowe osoby częściowo osłabiły zdolność reagowania Teheranu. Dla USA oznacza to lepsze rozpoznanie celów, wolniejsze reakcje.


Jednak właśnie w tym tkwi niebezpieczeństwo. Pomimo strat Iran nadal jest bowiem w stanie poważnie zakłócić ruch statków. Operacja USA mogłaby zatem wywołać dokładnie to, czemu ma zapobiec: całkowitą blokadę cieśniny Ormuz — a tym samym globalny szok energetyczny.

3. Najazdy na wybrzeże: najbardziej prawdopodobny i najniebezpieczniejszy krok


Najbardziej realistycznym scenariuszem nie jest obecnie spektakularny atak, ale tajna operacja: krótkie, wysoce mobilne akcje marines, spadochroniarzy i sił specjalnych wzdłuż irańskiego wybrzeża. Celem byłyby centra logistyczne, stanowiska rakietowe lub materiały jądrowe. Zgrupowane i gotowe do działania oddziały amerykańskie jasno wskazują: szybkie wejście, szybkie wyjście. Tygodnie, nie miesiące.


Właśnie takie operacje wydają się politycznie bardziej do zaakceptowania i najbardziej prawdopodobne z militarnego punktu widzenia. Jednak historia pokazuje, jak zwodnicza jest ta logika. Nawet ograniczone operacje mogą eskalować, jeśli przeciwnik zdecyduje się na odwet.


Iran już zasygnalizował, że lądowa operacja USA wywołałaby bezpośrednie kontrataki na regionalną infrastrukturę — w tym otwarcie nowych frontów. Iran mógłby zaatakować kolejne bazy amerykańskie, instalacje naftowe w regionie oraz ważne szlaki żeglugowe.


Czynnik decydujący: cicha wojna Izraela


To, co sprawia, że scenariusze te są w ogóle realistyczne, to nie tyle siła amerykańskich sił zbrojnych, co przygotowania Izraela. Operacje Mosadu nie zniszczyły irańskiego systemu, ale uczyniły go bardziej podatnym na ataki: łańcuchy dowodzenia zostały zakłócone, kluczowe osoby wyeliminowane, a infrastruktura wojskowa celowo uszkodzona.


Obniża to barierę wejścia dla USA. Ograniczona operacja lądowa wydaje się nagle wykonalna, niemal przewidywalna. Jednak właśnie to może być najniebezpieczniejszym błędnym wnioskiem: udany atak na wyspę Chark, w cieśninie Ormuz lub na pojedyncze cele w głębi kraju nie rzuciłby automatycznie Iranu na kolana.

Wręcz przeciwnie — mógłby wywołać spiralę eskalacji, która wykroczyłaby daleko poza pierwotny cel. Trump stoi zatem przed klasycznym dylematem amerykańskiego prowadzenia wojny: szybki, spektakularny atak jest możliwy z militarnego punktu widzenia — ale strategicznie trudny do kontrolowania.

Źródło: Oent/Blick.ch

#wojna #iran #izrael #usa #politykazagraniczna

hejto.pl

Komentarze (1)

Trampek boi się przede wszystkim ze amerykańscy żołnierze wpadną w pułapkę bo te cele są oczywiste stąd zachowuje się Seba na osiedlu "niech ktoś".


Nie wykluczam ale ryzyko jest ogromne i patrzeć że zabiera się do tego jak pies do jeża to nic nie zrobi.


Ale to trampek tu decyzja może być nawet rozmiar buta Rubio czy atakujemy czy nie atakujemy

Zaloguj się aby komentować