
Dzień dobry, poniżej publikuje swój najnowszy felieton. Jeżeli przyjemnie się komuś z Was czytało - proszę o wyświetlenie go również na witrynie substack żebym wiedział skąd idzie ruch :-)
W nocy z 7 na 8 stycznia, około godziny 03:00, w Szczecinie na ul. Przestrzennej doszło do wypadku samochodowego. Kierujący, w trudnych warunkach drogowych, stracił panowanie nad pojazdem i dachował w przydrożnym rowie pełnym wody. Nie stracił przytomności. Zdołał wydostać się z auta przez jedyne sprawne drzwi — pozostałe były zaklinowane.
Telefon został zatopiony. Został bez łączności ze światem. W przemoczonych ubraniach stanął na drodze i machał do przejeżdżających samochodów. Kierowcy widzieli auto w rowie z włączonymi światłami i stojącego obok mężczyznę, ale nikt się nie zatrzymał. Nikt nie zadzwonił pod numer alarmowy.
Po kilku takich przejazdach zdecydował się iść do domu pieszo — w mokrych ubraniach i przy dziesięciostopniowym mrozie. Po około czterdziestu minutach dotarł na miejsce, obudził domowników i wezwał pomoc. Ta historia mogła zakończyć się żółtym paskiem w telewizji, informującym o śmierci kierującego. Nie z powodu samego wypadku, lecz z powodu braku reakcji innych uczestników ruchu.
To nie jest metafora. Kierowca opisał swoje doświadczenie na portalu X.
Dopiero co skończyła się grudniowa magia świąt, a już mamy historię człowieka, który w środku nocy przywoływał pomoc i jej nie dostał. W tym samym czasie słyszymy apele o zgłaszanie osób w kryzysie bezdomności do noclegowni i zbiórki koców dla zwierząt w schroniskach. Zima wróciła w pełnej krasie — razem z deklaracjami wrażliwości.
Tylko że deklaracje rozbijają się o rzeczywistość, w której realny człowiek w potrzebie spotyka się z jednym: światłami mijających samochodów, które jadą dalej.
Dlaczego nikt się nie zatrzymał? Jako społeczeństwo jesteśmy nieufni. Znamy historie o „wabikach”, o wyciąganiu kierowców z aut. Do tego dochodzi wygoda — łatwiej napisać post o pomocy, niż realnie jej udzielić. W tej historii jedyny kontakt ze światem leżał na dnie rowu, zalany wodą.
Nie chodzi o to, by ktoś wyciągał pojazd z rowu albo zabierał nieznajomego do auta. Wystarczył jeden telefon pod numer 112. Jedna decyzja. Jedna minuta. Tyle, by ktoś nie musiał iść kilkadziesiąt minut w mrozie, ryzykując zdrowiem i życiem.
Jednocześnie lubimy mówić o sobie w wielkich słowach — jak wspaniale Polacy zachowali się podczas agresji Rosji na Ukrainę, jak pomogli tysiącom uchodźców. I to było prawdziwe. Było godne podziwu. Tyle że łatwiej pomaga się masie niż jednostce. Masa nie patrzy w oczy. Masa nie oddycha obok ciebie w zimną noc. Masa nie wymaga odpowiedzialności.
Wystarczy zmienić perspektywę: co, jeśli kierowca nie wydostałby się z auta? Co, jeśli jechałyby z nim dzieci? Albo ktoś bliski? Optyka zmienia się błyskawicznie.
Ta historia skończyła się szczęśliwie. Nie każda tak się kończy.
Pod koniec listopada 2023 roku w jednym z małopolskich miast nastolatka zmarła z wychłodzenia, siedząc godzinami przed sklepem. Była widziana przez przechodniów w środku dnia. Nikt nie zareagował na czas. Przyczyną jej śmierci było wychłodzenie organizmu prowadzące do niewydolności krążeniowo-oddechowej, a następnie masywny krwotok i obrzęk mózgu, co potwierdziły wstępne wyniki sekcji zwłok. To nie była nocna tragedia na odludziu. To była śmierć w miejscu, gdzie codziennie przechodzą setki ludzi.
Niezależnie od tego, czy jest noc w Szczecinie, czy dzień w Andrychowie, obojętność zbiera swoje żniwo tak samo — po cichu i bez świadków.
#polska