Pół wieku temu spalił się gmach sądu w Olsztynie, bo po godzinach działał jak hotel

Pożar Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie wybuchł o g. 8.30 w niedzielę 25 stycznia 1976. Był to monumentalny budynek z XIX w. zbudowany wg. projektu cenionego architekta Zygmunta Gorgolewskiego.


Akcja gaszenia okazałego gmachu sądu przebiegała bardzo dramatycznie. Bezsilność strażaków wynikała z tego, że w hydrantach było zbyt niskie ciśnienie wody. Na dodatek hydranty wewnątrz budynku także nie działały. Wszystko dlatego, że zamknięto główny zawór wody i ani strażacy, ani pracownicy sądu go nie odkręcili.


Po kilku godzinach przegrywania z ogniem strażacy rozwiązali problem zbyt niskiego ciśnienia wody w hydrantach: pompę o dużej mocy włożyli do rzeki Łyny przy moście na ul. Szrajbera i pompowali nią kilkaset metrów do ul. Dąbrowszczaków. Co więcej, na miejsce sprowadzili jedyną w regionie drabinę mechaniczną o wysokości 30 m. Niestety, w trakcie gaszenia ognia na dachu budynku drabina się złamała. Na szczęście łamiąca się powoli na wysokości ok. 20 m drabina oparła się o krawędź dachu i strażak ostrożnie zszedł na ziemię.


Na miejscu oprócz władz wojewódzkich był też prokurator i komendant milicji. To zrodziło chaos organizacyjny. Doszło to tego, że strażacy dowodzący akcją podzielili się, kto się zajmie się władzami, które zaczynają chaotycznie interweniować, a kto akcją gaśniczą.


Ustalenia śledztwa wskazały na tak wiele nieprawidłowości w działaniu ówczesnego Sądu Wojewódzkiego w Olsztynie, że prokurator zdecydował o… umorzeniu sprawy.


Jedną z tych nieprawidłowości było to, że na sądowym poddaszu urządzono kilka pokoi gościnnych i wspólną dla nich łazienkę. W pokojach, z założenia, mieli mieszkać sądowi aplikanci, ale śledztwo wykazało, że mieszkali w nich różni przypadkowi ludzie, np. kuzynka sądowego urzędnika, która zaocznie studiowała w Olsztynie. Gdy miała uczelniane zajęcia, zajmowała w sądzie lokum i do tego zabierała do niego koleżankę.


Jedna z dozorczyń mieszkała w sądowej suterenie z dwójką dorosłych dzieci, więc swojemu przyjacielowi pozwalała nocować albo w swojej dyżurce, albo na tapczanie postawionym na sądowym strychu pośród starych mebli z sądowych gabinetów. O tym wszystkim władze sądu nie miały pojęcia. Dozorcy gmachu zezwalali osobom obcym na wchodzenie do budynku po godzinach pracy nie rejestrując faktu, ani celu przybycia.


Milicjanci razem ze strażakami ustalili też, że do pokoi na strychu doprowadzono prowizoryczną instalację elektryczną. Kable elektryczne ułożono na drewnianych belkach i uszczelniano lnianymi pakułami i gazetami. To było niezgodne ze wszelkimi regułami. W pokojach na sądowym strychu było zimno, więc ich lokatorzy dogrzewali się urządzeniami na prąd. Do tego mieli w pokojach grzałki, którymi gotowali wodę. O tym, że to niebezpieczne alarmował sąd konserwator. On też chodził po pokojach i zabierał zbyt obciążające sieć elektryczną urządzenia. A że lokatorzy i sądowi urzędnicy wciąż przynosili nowe grzałki i farelki konserwator z końcem 1975 zwolnił się z pracy.


#pozar #olsztyn #historia   #ciekawostki  #prl

dzieje.pl

Komentarze (3)

I pomyśleć, że taka niekompetencja, znajomości nadal istnieją na szczeście w mniejszym stopniu... Chociaż sprawa granatnika pokazała, że wystarczy mieć odpowiednich ludzi w odpowiednich miejscach.

@inty świat poszedł do przodu, więc takie sprawy obecnie ciężej wyciszyć niż pół wieku temu. Spójrzmy na katastrofę drogową z udziałem Majtczaka w której spłonęła żywcem trzyosobowa rodzina - faktyczny przebieg zdarzenia udało się ustalić tylko dzięki analizie nagrań z kamerek samochodowych dokonanej przez internautów. Inaczej sprawa byłaby już dawno zakończona - wina spoczęłaby na ofiarach wypadku.

Zaloguj się aby komentować