Hejto.pl

Pochylmy się dziś nad kinem superbohaterskim, a w szczególności nad tym, co czyni je ciekawym.


Lubię wskazywać na Sherlocka Holmesa, jako osobę która uosabia wszystko czym jest kino superbohaterski. Sherlock robi dziwne rzeczy, ale wszystkim imponuje. Cała przyjemność to doświadczanie tej niesamowitej kompetencji, a puentą humoru jest zawsze rozbrajająca mina Watsona na myśl, że ktoś umie rozróżnić 247 rodzajów popiołu, żeby odkryć mordercę. Historycy kina lubią wskazywać źródła gatunku na przecięciu kina detektywistycznego z westernem. Clint Eastwood odbijający kule blachą jest imponujący. I nie tylko chłopcy nie spali przez to po nocach, niejeden dorosły czuł podobną dumę, wyobrażając siebie jako strażnika prawa i obyczajów. Projekcja siebie w bohatera i doświadczanie jego dziwności to jedna z ważniejszych przyjemności gatunku.


Spider-Man z Tomem Hollandem gra dokładnie na tej dynamice. Filmy są lekkie i przyjemne, bo karmią nas konkretnym napięciem: my wiemy, a oni nie. Tu Marvel zaczął błądzić. Obok Spider-Mana zaczął produkować filmy, w których moce stały się obojętną codziennością. Jedyna świeża dziwaczność to kontrast między reakcją postaci a tym, co dzieje się na ekranie - ale jak pokazał „One Punch Man", nie da się na tym uciągnąć dłuższej fabuły.


Nie twierdzę, że dziwaczność to jedyna taktyka. Loki działa wyśmienicie, bo fantastyczny świat jest nieskończonym polem do zabawy myślami. Prowadzenie takiej fabuły wymaga jednak solidnej roboty. Niezbędna jest więź z jakąś postacią - taką, przy której czujemy wagę decyzji, albo przez którą doświadczamy nowego świata czysto eskapistycznie. Stąd moja teza: walka nie ma znaczenia. Paradoks, ale nie taki głupi. Walka nigdy nie ma znaczenia sama w sobie - liczy się to, co podczas niej dzieje się dla postaci. Powtarzalna wygrana bez realnego zagrożenia szybko traci moc. Cała sztuka polega na tym, żeby tę walkę porządnie podbudować. A po fakcie można ją nawet pominąć, film będzie podobnie pociągający.


Weźmy pod lupę potyczki z „Gry o Tron". Żadna scena walki nie niosła ze sobą takiego ciężaru, jak rozmowa Tywina z Aryą, gdzie jedno nieodpowiednie słowo mogło skończyć się jej śmiercią. Pojedynki są zawsze ciekawsze od wielkich bitew, a mała skala jest bliższa - to zupełnie naturalne. Na tym tle warto docenić „The Boys": serial bardzo dobrze rozgrywa tę kartę. Zabicie kogokolwiek w pierwszym sezonie niesie ogromną wagę. Gdzieś w sezonie trzecim twórcy zatracili jednak ten instynkt - zaczęli opowiadać historię z perspektywy, której nie sposób pojąć, jakby zapomnieli, dla kogo i po co to robią. Zasadniczy błąd: działać bez zrozumienia materiału. Dlatego na pierwszym planie powinny stać materiały źródłowe, szczególnie gdy nie jest się kompetentnym reżyserem.


#seriale #theboys #przemyslenia #kino

Komentarze (10)

To teraz mój kontrargument. Walki na wielką skale mają swoją role narracyjną, a mianowicie przenoszą konflikt osobisty na poziom uniwersalny. Homelander nie był tworzony jedynie na potrzeby jego osobistego konfliktu z Butherem. Od samego początku miał być ukazywany jako zagrożenie na poziomie apokaliptycznym. Twórca sam przyznał, że jego show jest pro-religijne i myślę, że to widać. Większość postaci pozytywnych jest wierząca choć wątpiąca jak Francuz, Cycuś Glancuś czy Starlight. Większość postaci negatywnych to osoby jak Butcher (który jest złoczyńcą mimo wszystko) który jest ateistą, Stan Edgar który wierzy w kapitalizm, Firecracker i kaznodzieja którzy stracili wiarę w Boga i ulegli kultowi Homelandera lub Sage która jest nihilistką. Homelander sam uważa za postać boską co w praktyce czyni z niego postać antychrysta. Jest zagrożeniem dla Ameryki i całego świata. Przez cały serial systematycznie budowano napięcie, że w końcu się złamie i rozpęta piekło. Wielu widzów chciało to zobaczyć czego dowodzą to liczne przeróbki zakończenia w internecie. Z drugiej strony dla bohaterów w kinie superbohaterskim to zawsze okazja do pokazania czegoś co trudno zademonstrować w małej przestrzeni czyli momenty ratowanie zwykłych ludzi. Motyw ratowania świata natomiast jest stary i mocno archetypiczny, ale jego nieśmiertelność pokazuje, że działa dobrze. Ja osobiście bardziej cenie Tolkiena niż Martina czy nawet Sapkowskiego choć lubię całą trójkę. Ludzie więc spodziewali się, że finałowa walka osiągnie faktycznie biblijne rozmiary i wskazywała, że chodzi o coś więcej niż tylko osobista nienawiść Butchera do Homelandera. No i może chcieli też odczuć nieco grozy.


https://www.youtube.com/watch?v=SPnN8bABA7o

@Al-3_x Apokalipsa jest ciekawa z perspektywy osobistej. Titanic był skupiony na dramacie osobistym, bo nikogo nie interesuje globalna apokalipsa. Doświadczamy kina oczami głównych postaci. Podaj mi jeden tytuł filmu, gdzie wielka walka jest ciekawsze niż jednostkowe doświadczenia, gdzie wojna to tło.

@gwf-hegel-fangirl Nie mówię o tym, że należy pozbawiać głównego bohatera jego perspektywy tylko, że można ją rozszerzyć. Jest różnica w odbiorze motywacji protagonisty kiedy pokażesz bohatera walczącego z antagonistą w pojedynku jeden na jeden, gdy pokażesz go jak walczy z przyjaciółmi przeciwko antagoniście, gdy walczy chroniąc rodzinę lub gdy walczy chroniąc zwykłych ludzi na ulicy lub gdy walczy chroniąc całe miasto.


To mówiąc jeśli zbudujesz ciekawy i interesujący świat to ludzi zacznie on obchodzić. Wystarczy spojrzeć na One Piece. Tam najlepiej oceniany przez fanów arc dotyczy wielkiej bitwy między piratami i marynarką gdzie główny bohater funkcjonuje jako mało znaczący element, a perspektywa skupia się na postaciach pobocznych i właśnie samej bitwie. W AOT masz dramatyczne sceny jak Eren z gigantami niszczy całe miasta oraz ukazaną tragedie z perspektywy zwykłych jednostek oraz postaci trzecioplanowych i to też oddziałuje na widza. Są też pokazane dylematy moralne Erena gdy ten niszczy całą ludzkość. Wymiar apokaliptyczny dodał ładunku emocjonalnego do historii, a nie go pozbawił.


A też osobiście ci powiem, że Titanica niezbyt lubię. Za to w filmie Twister najbardziej lubiłem oglądać samo tornado. Ale ja ogólnie lubię oglądać tornada czy wybuchy wulkanów na filmach w sieci więc to może po prostu taki fetysz.


Jeśli chodzi o gry czy powieści to historii bez perspektywy osobistej bohatera jest trochę. Na przykład gry strategiczne kompletnie skupiają się na bitwach właśnie i nie ma tam ukazanej perspektywy jednostki.

@gwf-hegel-fangirl Oglądając obrazy Johna Martina ogólnie dochodzę, że w oglądaniu apokalipsy samej w sobie jest coś magnetycznego. Człowiek ma możliwość doświadczenia czegoś na granicy sacrum. To samo uczucie towarzyszy mi gdy oglądam filmy z eksplozji wulkanu. Perspektywa jednostki mogłaby mi by nawet zniszczyć ten odbiór bo chodzi o ujrzenie tego co wykracza poza człowieka jako jednostkę. Ale to już luźna dygresja.

19dd50b1-c8f2-4cae-a4fd-6d7e61899abd

@Al-3_x twój argument jest średnio na temat mojego wpisu. Mówię o tym, że duża skala może służyć jako tło, nie jako centrum fabuły. A apokalipsa jest o tyle ciekawa, o ile sprawi się że się światem przejmiemy, bo zniszczenie całego świata jest w kinie codziennością, dlatego jest raczej obojętna. AOT jest ciekawe bo przejmujemy się postaciami, to ich losy nas obchodzą. Podawanie AOT jako przykładu jest o tyle śmieszne, że to bardzo osobista historia. "the boys" robi dokładnie coś przeciwnego, traci połączenie miedzy odbiorcą a postaciami na ekranie przez ostatnie sezony.


Gry strategiczne nie opierają się na wywoływaniu smutku, wzruszenia, szczęścia, więc nie wiem co chcesz tym przekazać. To bardziej zagadka logiczna niż emocjonalna.


Reasumując, lubisz wybuchy wulkanu. Jak to się ma do kina?

@gwf-hegel-fangirl

"the boys" robi dokładnie coś przeciwnego, traci połączenie miedzy odbiorcą a postaciami na ekranie przez ostatnie sezony.


No w sumie to masz racje.

@gwf-hegel-fangirl co do powtarzalnej wygranej pozwolę sobie się nie zgodzić.

Jedną z moich ulubionych postaci jest Deadpool, a dosyć ciężko oczekiwać, że przegra

Tak samo LOBO.

Niby z góry wiesz, że postacie o takim "rysie" wygrają ze śmiercią, a jednak jest w nich coś "magnetycznego".

@LaMo.zord to jest podobny przypadek do Sherlocka Holmesa. Sherlock nigdy nie przegrywa, podobnie jak John Wayne. Stawiamy się w ich butach, czujemy lekkość ducha temu towarzyszącą. To jest bardzo prosta przyjemność, ale jeżeli tych bohaterów jest wiele, stają się oni obcy i mniej ciekawi. Avengers nie ma ciekawych bitw. Walka utrzymuje się w oparciu o gagi, niewiele różniące się od niemych filmów z Keatonem czy Chaplinem. Chodzi o to, że skala rzadko służy fabule, wręcz przeciwnie, skala to problem, a studia muszą robić badania focusowe, żeby upewnić się że nikt nie zostanie przypadkiem urażony, a każdy bohater będzie grał dość dużą rolę, żeby utrzymać uwagę fanów.

Zaloguj się aby komentować