Dziennik wyprawy wakacyjnej 23
Czyli
Eurotrip
Odcinek 5 - burki z piekarni, cliff jumping i hawajska plaża
Jak zwykle wstałem najwcześniej ze wszystkich i poszedłem z psem na spacer do pobliskiej dżungli Podczas spaceru znalazłem 2 pająki bardzo przypominające tarantule włoską, wygoniłem je trochę patykiem z gniazda i porobiłem fotki Jak wróciłem obudziłem wszystkich i zarządziłem, że jedziemy dziś do Puli pozwiedzać i do mechanika. Niech stwierdzi czy to faktycznie most tak wyje czy wilki jakieś. Zjedliśmy śniadanie, kawka, yerba i pojechaliśmy do Puli. Wjechaliśmy na podwórko do mechanika i w biurze obsługi szybko wytłumaczyłem z czym problem. Pani powiedziała, że spoko mogą zajrzeć bądź nawet naprawić ale mamy przyjechać jutro o godzinie 7 i zostawić auto. Dowiedziawszy się, że jutro utkwimy tu na kilka godzin bez auta przesunęliśmy dzisiejsze zwiedzanie miasta na jutro. Postanowiliśmy, że pojedziemy dziś na półwysep Stoja poskakać sobie z klifów do wody. Po drodze zahaczyliśmy jeszcze w Puli o piekarnie i kupiliśmy tam słynne chorwackie burki - jest to ciasto francuskie lub coś podobnego a w środku nadzienie z mięsa lub sera, my wybraliśmy mięso było go sporo i naprawdę szło się tym smacznie najeść za 2 ojro. W pobliskim sklepie dokupiliśmy jeszcze kilka butelek wody. Tak przygotowani z wyjącym coraz głośniej mostem ruszyliśmy w krótką trasę w stronę klifów. Na miejscu była mała kamienista plaża oraz pełno półek skalnych na których można było się rozłożyć. Ja oczywiście pierwsze co zrobiłem to wskoczyłem do wody i popłynąłem w kierunku najbliższych i najniższych klifów. Jak próbowałem wyjść z wody porowate skały poraniły moje ręce stopy i kolana bo klapki zostawiłem na brzegu, jakoś jednak wylazłem z tej wody. Przy pierwszej próbie skoku uświadomiłem sobie, że na boso sobie nie poskacze. Wszędzie były nierówne chropowate skały, ledwo udawało mi się po tym iść a co dopiero żeby się dobrze wybić z takiej nawierzchni. Znalazłem jednak przy niezbyt wysokiej półce skalnej trochę równiejsze miejsce i niezdarnie wskoczyłem do wody. Popływalem trochę i poszedłem trochę się poopalać na kocu. Te klify nie dawały mi jednak spokoju. Postanowiłem, że z klapkami w rękach popłynę do klifów i ubiorę je już tam będąc. Wszedłem do wody i okazało się, że najlepszą opcją żeby płynąć z klapkami jest założenie ich na przedramiona. Ubrałem więc moje gumowe karwasze i popłynąłem w stronę klifów xd Nie było to idealne rozwiązanie ale też nie najgorsze, pływało się ok, klapki sprawdzały się też dobrze do skoków, jedynie przy wychodzeniu z wody często klapek został w morzu i musiałem znów po niego wskakiwać. W międzyczasie zmieniliśmy miejscówkę gdzie klify były już dla hardcorów, półka na wysokości ponad 10m nad grotą jaskini do której co chwilę wpływały wycieczki kajakami. Ja jedynie odważyłem się skoczyć z jakiejś niskiej półki i wpłynąłem sobie do jaskini zobaczyć co tam jest. Jaskinia jednak ciągnęła się daleko w głąb a morskie fale nie pomagały. Wypłynąłem stamtąd wyszedłem na porowate skały i gubiąc klapki znów poraniłem sobie nogi. Jednym słowem no polecam jednak te buty do wody albo sobie odpuścić
Gdy już byłem dostatecznie obolały żeby dać sobie spokój pojechaliśmy do Puli żeby coś zjeść. Wybór padł na knajpkę w bocznej uliczce, w której zjedliśmy mega duże porcje różnego rodzaju mięs z grilla z sosem i frytkami. Po obiedzie pojechaliśmy już na jakąś plaże dla normalnych ludzi a mianowicie Hawajska plaża w Puli.
Plaża ta była naprawdę urokliwa miała kamyczki do leżenia, małą jaskinie w wodzie i całkiem wysoki klif tak z 5m, ja dziś skakałem z takich może max 3 metry. Oczywiście wszedłem na niego z zamiarem skoku, jednak na zamiarach się skończyło, wymiekłem i zszedłem prostym zejściem. Ziomek poszedł na górę tylko popatrzeć bo nie czuł się zbyt pewnie ze swoimi umiejętnościami pływackimi. Wtedy moja żona powiedziała, że pokaże nam jak się skacze i mam nagrywać, Ziomeczek na to że jak ona skoczy to on też i jakoś te kilka metrów dopłynie. MŻ weszła na górę i niewiele się namyślając skoczyła, noga jej lekko się ześlizgnęła i zaliczyła pół deskę uderzając o wodę głównie kolanami i udami. Ziomek chyba liczył, że MŻ nie skoczy i sam do skoku zbierał się ponad 5 minut, jednak skok oddał i nawet dopłynął nie topiąc się po drodze. Ja ośmielony ich skokami wszedłem na górę i 5 minut zbierając się do skoku ... odpuściłem. Zlazłem pokonany. I od cwaniaka co jako jedyny skakał z trudniej dostępnych ale niższych klifów, skończyłem jako ten który jako jedyny nie skoczył. Jak wracaliśmy to miałem niezbyt tęga minę a jeszcze mi żona docinała ;) Po dojechaniu do tymczasowego domu zjedliśmy szybką kolację i poszliśmy spać.
Może tego dnia nie udowodniłem swojej odwagi i nie przełamałem swoich barier ale za to dotkliwie poraniłem swoje stopy i dłonie xd