Cierpimy bo jestesmy fragmentem. Bardzo malym fragmentem czegos bardzo wielkiego. Skora jest nasza granica miedzy bardzo
Cierpimy bo jestesmy fragmentem. Bardzo malym fragmentem czegos bardzo wielkiego. Skora jest nasza granica miedzy bardzo malym ja i bardzo wielka cala reszta. I my te bardzo male fragmenciki wśród innych bardzo malych fragmencikow chcemy byc troche wiekszym i trochę wazniejszym fragmencikiem.
Jakże smieszne jest nasze poczucie wartości budowane na postach w social mediach patrząc na całość, caly kosmos, galaktyki i o! Patrzcie mam 500 lajkow pod zdjęciem z wakacji. To udowadnia jak wazna czescia wszechświata jestem.
Ale oczywiscie predzej czy później, a na pewno juz w srodku bezsennej nocy, dociera do nas prawda... ze nigdy nie będziemy prawdziwie szczęśliwi.
A co jakby... stac się całością. Rozplynac sie jak kropla w oceanie. Czy można miec kompleksy jesli nie wiesz gdzie sie zaczynaszi konczysz? Czy mozna chciec wiecej dla siebie gdy nic juz nie jest moje i nic nie jest ich?
Zrzucajac fizyczne granice moglibysmy byc czysta energia rozplywajaca sie w oceanie kosmicznej energii. Byc wszystkim i nikim, czuc wszystkie szczesliwe i tragiczne chwile wszystkiego co zylo i nad kazdym z tych naszych istnien pochylic sie z troska, miloscia, zrozumieniem i wyrozumialoscia.
Poczuc sie caloscia.
Tak wyobrazam sobie idealne zakonczenie zycia. I jestem pewien ze tak jest. Tylko to ma sens. Nieistnienie i nicosc nie maja sensu.