
Bułgarski TET: Piątek - power saving OFF
hejto.plBudzik dzwoni. Czyli jest 7:00 rano - najchłodniejsza pora dnia, tuż przed świtem. Umawiałem się na poranne termy, żeby wygrzać się przed śniadaniem, ale wyjście ze śpiwora okazuje się ponad moje siły. Siedzę w kokonie i się zastanawiam - może iść teraz, może poczekać... W końcu słyszę głos K., który pyta, czy wstaję. Ech, no dobra...
Drugi najgorszy moment poranka to wciśnięcie buta na stopę. Mój paluch jest spuchnięty, a czubek buta bardzo sztywny i skutecznie go uciska. Ciężko jest żyć lekko.
Śniadanie i pakowanie umilają nam okoliczne psiaki. Każdy dorzuca im coś ze swoich zapasów, więc cały czas bawią się w pobliżu i zaczepiają. Dopiero kiedy spakowani wsiadamy na motocykle i odpalamy piece, zaczynają na nas szczekać. No cóż.


Od razu zajeżdżamy na stację benzynową, chociaż wczoraj pod wieczór tankowaliśmy do pełna. Powiedzmy, że po prostu potrzebowałem "napić się kawy" w bardziej cywilizowanych warunkach...
Po kilku minutach możemy ruszać. Mamy trochę kilometrów do nawinięcia krajówką. Bardzo przyjemne, długie łuki bujają nas na lewo i prawo, zachęcając do odkręcania manetki. Tak w ogóle w Bułgarii nie widziałem ani jednego fotoradaru. Za to co chwilę nad drogą wiszą kamery monitorujące tablice rejestracyjne, bo na drogach krajowych obowiązują winiety. Na szczęście motocykli to nie dotyczy
Mój paluch nadal daje się we znaki. Czuję, jak pulsuje w bucie, i zastanawiam się, czy dam radę jechać w terenie. Na krótkim postoju K. częstuje mnie ibuprofenem. Zobaczymy.
W końcu docieramy na trasę. Na początek las - lekko błotnisty, ale bardzo przyjemny. Można popracować gazem, nacieszyć się uślizgami, przejazdami przez strumienie i trochę poskakać na muldach. Potem szutry, małe wioski i kulminacja widoków, kiedy wyjeżdżamy na bezimienne wzgórze, kilka metrów od granicy z Macedonią. Dookoła ciągną się pasma górskie, a na południu wyróżnia się jeden majestatyczny szczyt pokryty śniegiem. Wyglądem coś jakby przypomina...

Siadamy na kamieniach obok resztek jakiejś budki - może strażniczej? Uzupełniamy energię batonami i wodą, a słońce mocno nas dogrzewa. Podczas postojów aura jest wręcz letnia i trzeba wyskakiwać z kurtek, świerszcze cykają jak oszalałe, czuję krople potu na karku i tylko kolory liści przypominają, że jesień już tu jest i niedługo zrobi się zupełnie inaczej. Póki co doceniamy, że przez cały wyjazd pogoda wyjątkowo nam sprzyja.


Ruszamy dalej. Dzisiaj ładnie żre. Opony gryzą podjazdy jak trzeba, a ja bardziej pewnie próbuję pomagać sobie tylnym heblem w zakrętach. Jestem zadowolony, że wychodzi coraz lepiej. Przypominam sobie, że jeszcze rano zastanawiałem się, czy przez kontuzjowaną stopę nie odpuścić jazdy. Teraz tylko się cieszę, że jednak nie odpuściłem.
Po 16:00 zajeżdżamy do miasteczka Бобошево (Boboszewo), gdzie przed każdym domem na pergolach wiszą ciężkie kiście winogron. Podjeżdżamy pod restaurację, gdzie jemy obiad - szopska sałata obowiązkowo
Po posiłku, przed restauracją zaczepia nas szczeniaczek, w podskokach podbiega do każdego i chce się bawić. Dobrze, że fizycznie nie mam możliwości jej zabrać.
Następnie robimy zakupy na wieczór. Przed sklepem, na ryneczku, stoi jakiś pomnik: jeden typ trzyma flagę, a drugi pistolet. Komuchy jak nic.


Potem gonimy kilka kilometrów drogą biegnącą wzdłuż rzeki Струма (Struma). Odbijamy w boczną drogę i zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Kręcimy się chwilę po okolicy, między polami i sadami, aż w końcu trafiamy na miejsce po drugiej stronie rzeki. Mały placyk pod wielkimi drzewami, a obok sterta drewna, porąbane i przygotowane jakby specjalnie na nas czekało. Dłużej nie trzeba nas przekonywać, że to dobre miejsce.
Rozkładamy się, zabrakło płaskiego miejsca pod mój namiot, chyba będę dzisiaj zjeżdżał z materaca. Obczajam rzekę, jest szeroka i dosyć płytka, kilka kroków od mulistego brzegu nieśpiesznie płynie czyściutka woda. Lekko odświeżony i zmarznięty rozpalam ogień, przy którym niedługo wszyscy siadamy i rozgrzewamy się lokalną miętową nalewką.
Dzisiaj zielona noc
#motocykle #tet #bulgaria #offroad #podroze