Hejto.pl

894 + 1 = 895


Tytuł: Szatańskie tango

Autor: László Krasznahorkai

Kategoria: literatura piękna

Ocena: 5/10


#bookmeter


***


Do placu Kościelnego nie było na ulicy żywej duszy, aż nawet Petrina zauważył: „Co się tu dzije? Ogłosili stan wyjątkowy?” „Nie, po prostu jest jesień – odparł ze smutkiem Irimiás. – Wszyscy siedli przy piecach i wstaną dopiero wiosną. Będą godzinami stać przy oknach, aż do zmierzchu. Będą tylko jeść, pić i obłapiać się w łóżku pod kołdrą. Aż wreszcie poczują, że dłużej już tak nie można, zbija dzieci na kwaśne jabłko albo skopią kota i znowu się na jakiś czas uspokoją. Tak to już jest, osiołku.”


Czasami, chyba po to żeby podbudować sobie ego, nachodzi mnie ochota żeby przeczytać jakiegoś noblistę, o ile nie jest to Henryk Sienkiewicz. Tak było i tym razem. To właśnie to, że pan Krasznahorkai dostał w roku 2025 Nagrodę Nobla spowodowało, że, już od jakiegoś czasu, miałem ochotę po którąś z jego książek sięgnąć. No i ostatnio pojawiła się okazja.


Zaczęło się nieźle. Autor roztoczył przede mną wizję jakiejś zapadłej pełnej błota węgierskiej dziury – osady, która, jak się później okazuje, była zlikwidowana (co to miało znaczyć, nie zostało w książce wyjaśnione, może chodziło o coś z historii Węgier?; sam jednak pomysł takiej likwidacji bardzo przypadł mi do gustu). W tej zlikwidowanej osadzie zostało kilkoro niedobitków (zawsze przecież znajdą się ludzie, którzy nie będą sobie umieli ze zmianą sytuacji poradzić), których życie wydaje się być tak samo rozpadające się jak to, co z osady zostało. Spędzają więc kolejne dnie na piciu, sypianiu ze sobą (w różnych konfiguracjach), czekaniu na pieniądze ze sprzedaży bydła (i kombinowaniu jak tu przy rozliczeniu oszukać innych żeby zgarnąć więcej dla siebie). Jednym słowem (a raczej dwoma) – marazm i degrengolada.


Okazuje się, że „niech ktoś” to podejście nie tylko polskie, ale i węgierskie (wszak Polak, Węgier – dwa bratanki). Do osady dociera wiadomość, że powraca do niej uznany (chyba) kiedyś za zmarłego Irimiás. Irimiás pracował kiedyś w maszynowni i w ogóle umiał sobie poradzić ze wszystkim, nic więc dziwnego, że w mieszkańców na wieść o powrocie Irimiása wstępuje nadzieja – przyjdzie Irimiás i nam zrobi. Irimiás rzeczywiście przychodzi i robi. Robi tyle, że roztacza wizję i obiecuje. Mieszkańcy osady ulegają, wierzą w przemowę Irimiása – to chyba była dla mnie największa wartość tej książki, obserwacja pana Krasznahorkaia dotycząca tego jak szybko z marazmu można przejść do hurraoptymizmu, a później zahaczając po drodze o rozczarowanie powrócić dokładnie tak samo zgorzkniałym do tego samego, co było wcześniej (opowieść spięta jest świetną klamrą kompozycyjną, która tak podobała mi się już wcześniej, i w Gnieździe światów pana Marka Huberatha, i w Krainie Chichów pana Jonathana Carolla).


Pomimo wspaniałego pomysłu, mimo niezłych umiejętności narracyjnych autora, książka podobała mi się tak raczej nie za bardzo. Za dużo w niej, moim zdaniem, wszystkiego, za mało w niej, moim zdaniem to wszystko łączy się ze sobą i za mało jedno z drugiego wynika. Wydaje mi się, że dla mnie ta książka jest po prostu za bardzo artystyczna, a w dodatku w nurcie za którym raczej nie przepadam. Tę teorię zdałoby się potwierdzać istnienie zrealizowanego na jej podstawie filmu, który trwa niemal siedem i pół godziny! – książka ma 340 stron czcionką jednak nie najmniejszą. Nie bardzo mam ochotę ten film oglądać, tak względu na to, co w tej książce przeczytałem – obawiam się, że mógłby to być obraz w rodzaju „filmu o facecie na łódce”, jak i ze względu na jego długość. Wydaje mi się, że lepiej ten czas spożytkować inaczej – na przykład na lekturę ostatniego tomu Septologii pana Jona Fosse, noblisty z roku 2023, co pozwoli mi nie tylko nie zmarnować kolejnych siedmiu godzin, ale również podbudować mojego ego, że jednak jestem w stanie z przyjemnością czytać noblistów i może nawet ich zrozumieć. Choćby po swojemu.

96eeaa5a-415d-43d6-aff2-630337365473

Komentarze (0)

Zaloguj się aby komentować