1039 + 1 = 1040
Tytuł: Przemienienie
Autor: Szczepan Twardoch
Kategoria: literatura piękna
Ocena: 6/10
#bookmeter
***
uczą też, dlaczego Gombrowicz jest dla socjalistycznej ojczyzny szkodliwy, ale nie biorą tego na poważnie nawet wykładowcy, bo kogo jeszcze obchodzi dobro socjalistycznej ojczyzny.
Po niedawnej powtórnej lekturze Króla i Królestwa przypomniałem sobie dlaczego uważam pana Szczepana Twardocha za jednego z najwybitniejszych pisarzy, których utwory miałem przyjemność czytać i postanowiłem wrócić do badania tego, co zacząłem badać już kiedyś, a badałem drogę, jaką autor przeszedł po to, żeby pisać tak jak pisze, to znaczy pisać w sposób mnie zachwycający. Badałem tę drogę w jedyny łatwo dostępny mi sposób, a mianowicie zapoznając się z powieściami, które pan Twardoch napisał wcześniej, to znaczy przed Morfiną, która to Morfina okazała się przełomowa w jego pisarskiej karierze, przynajmniej jeśli chodzi o tę karierę sensu stricto, to znaczy która przyniosła mu sukces wydawniczy. Bo, w wyniku moich badań uważam, że przełom literacki nastąpił u pana Twardocha już wcześniej, co najmniej w Wiecznym Grunwaldzie (bo wcześniej, przed Wiecznym Grunwaldem były jeszcze Zimne Wybrzeża, których jeszcze nie czytałem, ale zaraz zaczynam).
Jest więc rok 2008, nikomu nieznany autor, pan Szczepan Twardoch ma 29 lat, dwie powieści na swoim koncie (Sternberg – nie czytałem i Epifanię wikarego Trzaski – czytałem i całkiem mi się podobało) i pewnie kilka innych publikacji, jakieś może opowiadania, których nie chce mi się w tej chwili szukać, bo to nie jest dla mnie aż tak istotne. Jakoś pewnie przed tym rokiem 2008 pan Szczepan Twardoch musiał zapoznać się z książką księdza Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego Księża wobec bezpieki na przykładzie archidiecezji krakowskiej i musiał przeprowadzić z nim długą i treściwą rozmowę (cytat z podziękowań w Przemienieniu) i w ten właśnie sposób mogło powstać Przemienienie.
W Przemienieniu mieszają się ze sobą dwa światy – polski kościół katolicki i Urząd Bezpieczeństwa PRL. Kościół nie wierzy w Boga, UB nie wierzy w ojczyznę ludową, ale wszyscy zachowują formy – już samo to jest w Przemienieniu bardzo ciekawe, a to tylko tej książki tło, bo Przemienienie to thriller i to w dodatku ze wspaniale napisanym głównym bohaterem-psychopatą (o samej psychopatii też zresztą w książce jest trochę, co jest zwiastunem tego, co będę w późniejszych książkach pana Twarodocha uwielbiał, to znaczy ten głos zza fabuły, te spostrzeżenia natury ogólnej, które czasami przeszkadzają w śledzeniu historii, bo zmuszają nie tylko do zatrzymania się, ale jeszcze i do zastanowienia).
Historia jest ciekawa, choć momentami wydawała mi się trochę naciągana (szczególnie rozwiązanie, które jednak – chcę w to wierzyć – jest tak absurdalne, że aż niemożliwe poza książką), postaci są napisane wybitnie, a główny bohater, Antoni Szarzycki jest prowadzony tak konsekwentnie, że mam wrażenie, jakbym gościa spotkał. Choć nie było to spotkanie miłe.
Najciekawszym jednak w tym wszystkim było to, czego szukałem sięgając po tę pozycję. Dla mnie, znającego późniejsze dokonania autora, to było niesamowite doświadczenie poznawać to, co napisał kiedyś i móc sobie jedno z drugim porównywać. I tak, w Przemienieniu widać to wszystko, co u pana Twardocha mnie zachwyca, ale jednak trochę jakby jeszcze mało gęste, jakby trochę rozwodnione, czy jeszcze nieoszlifowane może? Widać w każdym razie zaczątki. Widać solidne przygotowanie się do pisania (choć z osadzeniem w świecie wydaje mi się, że w Przemienieniu autor trochę przesadził – za dużo tych nazw ulic, którymi Szarzycki jeździł swoją czerwoną alfą romeo gtv6), widać umiejętność oddania relacji i ekspozycji postaci. Widać umiejętność opowiedzenia historii w sposób interesujący i trzymający w napięciu, choć to jeszcze nie to, co nastąpiło później. W Przemienieniu, moim zdaniem widać świetnie zapowiadającego się autora, który (również na moje szczęście), faktycznie się rozwinął.
Przemienienie to nie jest książka wybitna, ale wcale takiej się nie spodziewałem. Jest, owszem, bardzo dobra, ale autor zdążył mnie już mnie na tyle rozpuścić, że siłą rzeczy porównuję swoje wrażenia do tego, do czego mnie przyzwyczaił swoimi późniejszymi powieściami i tutaj, głównie literacko, Przemienienie wychodzi raczej na minus. Zresztą, sam pan Twardoch, kiedy wydawnictwo Marginesy (chyba) zaproponowało mu wznowienie jego pierwszych powieści, zgodził się, ale nie chciał mieć z tym wiele wspólnego. Nie chciał – tak przynajmniej twierdził w wywiadach – tych książek poprawiać, nie chciał ich redagować, a to dlatego, że nie był w stanie ich czytać. Dokładnie pamiętam tę jego wypowiedź, że dzisiaj każdą z tych książek, każde jej zdanie, napisałby zupełnie inaczej.
