O trunkach i pijatykach za panowania Augusta III Sasa

Przysłowia są ponoć mądrością narodów. Za czasów panowania Sasów w Polsce znane było przysłowie „Za króla Sasa, jedz, pij, popuszczaj pasa”. To jedno krótkie przysłowie dosadnie opisywało panujące zwłaszcza wśród szlachty zwyczaje ucztowania. Znanych było w tamtych czasach szczególnie czterech szlacheckich smakoszy trunków, którzy charakteryzowali się osobliwymi cechami. Trzech z nich pochodziło z Korony, a jeden z Litwy. Wyboru i opisu ich zwyczajów trunkowych dokonał znawca tej epoki –  ksiądz Jędrzej Kitowicz (1728-1804), duchowny, a poza tym podróżnik, żołnierz, historyk i pamiętnikarz.


Pierwszym z nich był książę Janusz Sanguszko. Urządzane przez niego pijaństwa nie miały nic dzikiego. Pił szczerze, nigdy się sam nie ochraniając. Miał niezwykle tęgą głowę. Gdy chwiał się na nogach, kazał zaprzęgać konie do karety i przejeżdżał kilka staj. Wracając był już tak trzeźwy jak gdyby nigdy nie pił i zasiadał znowu do picia. Dożył 63 lat. Ciekawostką jest, że żył prawie jawnie ze swoim sekretarzem Kazimierzem Chylińskim. Takie zachowania w tamtych czasach nazywano samcołożctwem (kładł się do łoża z samcem). Obecnie nazywamy to homoseksualizmem. W tamtych czasach za tego typu czyny groziła kara śmierci.


Drugim z tej kompanii był niejaki Borejko, kasztelan z Zawichościa. Nazywano go pobożnym pijakiem, gdyż lubił bawić się tylko w otoczeniu osób duchownych. W czasie wolnym od zajęć publicznych wysyłał do najbliższych klasztorów listy w których zapraszał do siebie po dwóch mnichów. Przełożeni zakonów byli świadomi celu zaproszeń ze strony kanclerza i wysyłali w gości zakonników z tęgimi głowami. Opaci nie mogli odmówić wysłania zakonników w gościnę do kasztelana, gdyż był on dla gości i ich klasztorów niezwykle hojny.


Po przybyciu zakonników Borejko zamykał się z nimi w oddzielnych pomieszczeniach oznajmiając reszcie domowników, że stanowią one teren opactwa. Po zamknięciu tak oznaczonego klasztoru nikt nie miał do niego dostępu. Jeszcze przed zamknięciem pomieszczeń przygotowywano w nich zapasy jedzenia i picia, a zwłaszcza wina, niezbędne do planowanej uczty i pijatyki. Pokój sypialny wymoszczony był słomą i  kobiercami. Innej pościeli kompania nie potrzebowała, gdyż każdy jak padł z przepicia tak spał. Razem z nimi zamknięta była również służba, która usługiwała przy stole. Jeden z tej służby pełnił funkcję dzwonnika z furty klasztornej. Jego zadaniem było dzwonienie na mszę świętą, na posiłki oraz na ciszę nocną, gdy wszyscy popiwszy się spali już na słomie. Aby nie uchybić obowiązkom zakonnym, wyznaczali spośród siebie jednego, który miał odprawić dnia następnego mszę. Tak wyznaczony zakonnik mógł pić tylko do godziny jedenastej wieczorem. Nazajutrz, gdy wszyscy już wstali, udawali się na mszę świętą. Po mszy pili herbatę, następnie dwukrotnie pito wódkę i spożywano śniadanie. Po śniadaniu pito wino do czasu obiadu. Po obiedzie pijatyka trwała do wieczerzy. Podobnie było po kolacji. Jednakże nakazane prawem kościelnym pacierze były odmawiane. Pan Borejko odprawiał je wspólnie z kapłanami. Ten improwizowany klasztor w domostwie kasztelana trwał od trzech do pięciu dni.


Gdy zabrakło już w okolicy chętnych zakonników na zabawy, Borejko zbudował na rozstaju dróg kapliczkę z daszkiem, ławkami i palisadą. Kasztelan przesiadywał w tej kapliczce z różańcem w ręku czekając na podróżnych. Do każdego podróżnego przypijał winem tak długo, aż ów jegomość padł z nóg. Odchodząc do domu Borejko zostawiał strażnika, dopóki podróżny nie wytrzeźwiał, aby nikt go nie ograbił. Z każdym podróżnym pił, dopóki go nie upoił. Kasztelan jak zwykle miał mocniejszą głowę od współtowarzyszy opilstwa. Tych podróżnych, którzy wędrowali z licznym pocztem, zapraszał do dworu w wiadomym celu.


Trzecim z tutaj omawianych był krajczy koronny Adam Małachowski, zwany zabójcą ludzkiego zdrowia. Otrzymał takie miano, gdyż wielu jego gości zalanych winem poumierało. Mieszkał w Bąkowej Górze. Był min. podstolim wschowskim. Przeżył 61 lat.


Miał on na swoim wyposażeniu półgarncowy kielich wiwatowy, który pełnił w domostwie krajczego bardzo ważną funkcję. Wyrżnięte były na nim trzy serca z napisem Corda Fidelium (Serca Wiernych). Miał on pojemność blisko 1.9 litra.


Każdy z nowo przybyłych gości po obfitym śniadaniu musiał wypić duszkiem wino znajdujące się w tym kielichu. Gdy nie uczynił tego jednym ciągiem, ponownie nalewano wina do pełna, aby zadośćuczynić obyczajowi wymyślonemu przez gospodarza. Proceder ten trwał do czasu, aż gość wypił pełen kielich „duszkiem” lub padł z przepicia. Często zdarzało się, że tempo i ilość wypijanego alkoholu powodowały utratę zdrowia przez gości lub nawet ich śmiertelne zejścia.


Niektórzy z interesantów, którzy chcieli załatwić sprawy urzędowe z gospodarzem, a nie byli tęgimi pijakami, próbowali wymóc na krajczym przyrzeczenie w formie listu żelaznego, że gospodarz nie będzie ich zmuszał do wypicia sławnego kielicha. Aby otrzymać takie przyrzeczenie, musieli przysyłać posłańców, którzy zmuszani byli ... do wypicia kielicha Corda Fidelium. Zdarzało się, że posłańcy nie wracali leżąc  spici u krajczego lub co gorsza umierając z przedawkowania alkoholu.


Autor tego opisu – Jędrzej Kitowicz – również dostał się w szpony tego gospodarza. Wspominał, że aby nie stracić życia, uciekał z jego domostwa bez szabli, bez czapki i bez konia, które zostawił jako zastaw gwarantujący, iż wróci do gospodarza.


Sam Adam Małachowski był bardzo dumny, że swoim kielichem wszystkich pokonał i że nie ma na świecie mocniejszego od niego w piciu alkoholu. Znalazł się jednakże taki, który stanął z owym szlachcicem w szranki pijaństwa i... wygrał. Był to kwestarz pochodzący z zakonu bernardynów w Wielkiej Woli. Wszyscy zakonnicy znali zabójczy zwyczaj gospodarza i omijali szerokim łukiem Bąkową Górę. Bernardyn czując się na siłach śmiało zajechał do krajczego. Ten bardzo się ucieszył i wdrożył swój zwyczaj powitalny. Obiecał zakonnikowi, że jeżeli wypije duszkiem kielich to da mu wóz pełen zboża. Po obfitym śniadaniu zaczął poić swego gościa oczekując, iż braciszek zmorzony alkoholem padnie pod stół. Mimo kolejnych powtórzeń w wypijaniu kielicha zakonnik trzymał się krzepko. Sam gospodarz zaczął się już niepokoić. Bernardyn wypił sześć kielichów (ponad 11 litrów) wina i nie było widać po nim żadnych oznak upojenia. Widząc to krajczy w złości, że przegrał, wyrzucił zakonnika z domu. Obawiał się, że wypije mu całą piwniczkę. Po ochłonięciu kazał dogonić bernardyna i wydać mu obiecane zboże. Jednocześnie zakazał mu wizyt w jego posiadłości. 


Czwartym sławnym imprezowiczem był książę Karol Radziwiłł, wojewoda wileński. Był również znany pod określeniem „Panie Kochanku”. Lubił on w trakcie uczt wymyślać różne żarty, które wprowadzał w życie uważając, że jest w tym towarzystwie największym żartownisiem. Wymyślając różne psoty bardzo dokuczył swojemu przyjacielowi, pisarzowi litewskiemu Antoniemu Pacowi. Tenże pisarz zmęczony jego głupimi żartami zagroził Karolowi, że wyzwie go na pojedynek. Radziwiłł udając, że bardzo się na niego pogniewał, kazał go porwać i wtrącić do więzienia. Dał do zrozumienia Pacowi, że chce go stracić. Wezwał nawet księdza i kata. Dopiero przed samą egzekucją wyznał pisarzowi, że jest to żart. Cieszył się, że lepiej nastraszył swojego kompana niż on wyzwaniem go na pojedynek. Potem były prezenty na przeprosiny i wielka popijawa. Sam Antoni Pac wystraszony perspektywą egzekucji po następującej po niej uczcie nie wytrzymał emocji i trzy dni później zmarł. 


#necrobook #historia #alkohol #pijackieopowiesci

Kcynia

Komentarze (1)

Zaloguj się aby komentować