Nad miastem, jednych z tych miast, które pamiętały jeszcze wojnę, spadło kilka kropel zimnego deszczu. Nadchodziła jesień, chłodna i tak przygnębiająca, która w sercach ludzi siała niepewność i tęsknotę za minionymi dniami. Ciemne chmury przysłaniały słońce nie pozwalając by ciepłe światło choć trochę ogrzało zmarzniętą ziemię. Liście pomału, poruszone delikatnym wiatrem, spalały się w płomieniu żółci i czerwieni by w końcu zgasnąć i rozsypać się w pył. Jeden człowiek twierdził, że płoną ze wstydu. Ze wstydu, bo są tak nietrwałe.
W powietrzu czuło się coś, co można poczuć tylko w jesienny dzień, gdy jest się wolnym, gdy patrzy się na wschodzące słońce. Nie opiszesz tego ani nie narysujesz, nie wyśpiewasz, ale będziesz to czuł. Dlatego, że jesteś człowiekiem, dlatego, że możesz to poczuć.
Ale pomimo zimna po mieście spacerowali ludzie. Przemieszczali się pośpiesznie w mniejszych lub większych grupkach, rzadziej samotnie, ubrani w płaszcze lub kurtki, skuleni, jakby się czegoś bali. Była wczesna sobota i każdy miał jakieś ważne rzeczy do załatwienia, które lepiej było zrobić teraz, a potem mieć cały dzień wolny. I móc siedzieć w ciszy i cieple, w domu, oh, w słodkim domu! Sprawy te były tak ważne, że pomimo dnia wolnego wstawali rano, ubierali się i szybko pędzili, tam gdzie musieli. Mówią: „Nie mamy wyboru”. Znam osobę, która twierdzi, że zawsze jest wybór, a tylko ludzie słabi, którzy boją się wybierać, mówią, że go nie ma. Nikt nie zatrzymywał się by obejrzeć starą fontanną na środku placu, która wypluwała szarą wodę, ściekającą pomału po brudnych, zarośniętych zielstwem kamieniach, ani by podziwiać czerwone liście, ostatnie w tym roku. To definicja jesieni – wszystko jest już „ostatnie”. Potem czeka nas już tylko śnieg i ziąb. Jesień to czas śmierci, gdy wszystko umiera i gnije, by potem na szczątkach wyrosło nowe życie. Magiczny proces odrodzenia, niczym feniks z popiołów.
Ten człowiek, który tak krytycznie wypowiadał się o innych, mówił również, że świat jest pełen magii. Tylko trzeba umieć ją dostrzec.
Więc ludzie nie mieli czas by zachwycić się tą zimna jesienią, nieporównywalną do ciepłego dnia, gdy słońce tańczy na liściach a nawet odbija się tysiącem płomyków w brudnej wodzie fontanny.
Ani tym bardziej, by posłuchać muzyki.
Tak, bo na placu otoczonymi starymi kamienicami, które zapewne mogłyby opowiedzieć niejedną historię, na placu, który dumnie można by nazwać placem przeszłości (a tak nawet go nazywano w niektórych kręgach), ktoś grał na gitarze.
Choć „grał” to za mało powiedziane. Ale o tym później.
Sama gitara była wystarczająco niesamowita, by zwracać na siebie uwagę.
Jedna z tych, które przetrwały już chyba wszystko. Każdy z nas ma pewnie taki sprzęt, które spadał tysiące razy ze schodów, parę razy został na mrozie, a kiedyś ktoś przez przypadek wsadził go do piekarnika, ale i tak, jak na złość, nic mu się nie działo. Można by żartować, że jest niezniszczalny, albo nawet, że ma niezwykła wole przetrwania. Może jest w tym prawda. Gitara była sklejana już tak dużo razy, że nawet jej właściciel nie pamiętał która rysa była pierwsza, ani jak powstała.
A pamięć miał bardzo dobrą. Przerażająco dobrą.
To musiał być jakiś stary model, pewnie nawet znawcy nie mogliby go nazwać. A może przez te wszystkie wypadki, które jej się przytrafiały, charakterystyczne cechy zatarły się. Jednak, gdyby ktoś się jej przyjrzał, wydałaby mu się znajoma.
A muzyk tańczył swoimi bladymi palcami po biały, gęsto zdobionym fioletowymi kwiatami gryfie. Uwielbiał kwiaty, delikatne, które może zabić za mocny wietrzyk, jak i te, które nie poddawały się nigdy.
Pasował do swojej gitary.
Z dużej odległości byłby tylko fioletową plamę na rdzawobrązowych cegłach rozpadających się kamienic. Z bliska z resztą też. Może to dlatego, że wydawał się tak nierealny. Mogłoby się wydawać, że w jednym momencie jest tylko człowiekiem, a następnym już jakaś mistyczną istotą.
Długi, ciemnofioletowy płaszcz, który przeszedł prawie tyle samo co gitara i miał tyle samo lat, zasłaniał czarne, stare buty. Muzyk był do niego przyzwyczajony, ach, i dobrze chronił przed zimnem. Często przyzwyczajał się do przedmiotów jak i ludzi, a wtedy rzadko je porzucał. Możnaby to nazwać w pewien sposób miłością. Zimno… Chociaż ostatnio czuł je coraz rzadziej… „Stałem się tak wygodnie odrętwiałym” narzekał kiedyś przyjacielowi. Ale ten tylko wybuchnął śmiechem i powiedział „N.N., jesteś najbardziej uczuciowa osobą, jaką znam”. Krople deszczu, które próbowały spaść chmarą od samego rana, a tylko opadały samotnie, spływały po rondzie również fioletowego, wypłowiałego cylindra. Czarne włosy opadały mokrymi kosmykami na ramiona. Ciepły, beżowy szalik mocno kontrastował z fioletem.
Uśmiechał się. Niewątpliwie cienkie, prawie sine usta wykrzywiały się w uśmiech. Trochę smutny uśmiech. Był blady. Strasznie blady. Po prostu nie lubił słońca. Z półprzymkniętymi oczami wpatrywał się w ludzi spacerujących po placu. Miał ciemnofioletowe oczy.
Mój przyjaciel kocha kolor fioletowy. „To kolor magii!” przekonywał mnie. Ja tylko kiwałam głowa, tak, tak, masz rację, ale nigdy się nad tym nie zastanawiałam.
I choć czasami wydawało się, że muzyk rozpływa się powietrzu, choć jego cień był nienaturalny, to przypominał człowieka.
Ale jego muzyka nie przypominała muzyki znanej ludziom.
Wyobraźcie sobie dźwięki kwitnących kwiatów, świecącego światła, dźwięki spokoju a nawet ciszy.
Dźwięki, które rozpoczęły świat. Bo jakieś musiały być. Dźwięk, z jakim człowiek się rodzi i z jakim umiera.
Wyobraźcie sobie melodię, która towarzyszy nam przez całe życie, dopasowaną do każdego wydarzenia, która rozpoczęła się miliony lat temu i być może będzie trwać przez wieczność. Rozbrzmiewającą w każdym zakątku wszechświata, w każdej duszy człowieka, wewnętrzny rytm, dopasowany do niego, dopasowany do wszystkiego, boska nuta. Melodia bez słów, ale jednak pełna treści.
On grał tą melodię.
Dlatego ludzie omijali go jak najdalej mogli.
Tak bardzo się go bali. Oczywiście, nie myśleli o tym, ale gdzieś w ich umysłach rodził się strach, który nie potrafili wytłumaczyć. Coś w stylu „haha, przecież tam w ciemnościach nic nie stoi, głuptasku”, ale jednak serce zaczyna bić szybciej a intuicja podpowiada „I tak znasz prawdę”. Czuli, że coś jest nie tak. Dlatego odchodzili szybko, by tylko nie słyszeć tej upiornej pieśni. Starali się ignorować ją, i w myślach klęli na muzyka, cholera, nawet w sobotę nie dadzą im odpocząć, a człowiek chciał już mieć święty spokój.
Nawet dzieci szybko odbiegały. Mówi się, że dzieci widza więcej. Czasem, zwabione melodią podchodziły niepewnie, lekko przerażone, ale jednak pełne fascynacji. Możliwe, że tyko one mogły ją zrozumieć. Jednak zawsze ich matki albo ojcowie wołali je, krzycząc wściekli „Nie mamy czasu”.
Nie znam nikogo kto potrafiłby tak grac. Może niektórzy potrafią choć trochę naśladować jego. Ale tylko trochę.
Muzyk westchnął smutnie. Dopiero wtedy zauważył Ją.
Mała dziewczynka stała na środku placu.
Miała najwyżej dziesięć lat, ale i tak wyglądała na mniej. Może to przez bladą skórę i jasnożółte włosy upięte w dwa kucyki. Ich kolor przypominał trochę kolor słońca, ale zmęczonego słońca, które ma już dosyć świecenia. Ma dosyć wszystkiego. Tak, i nawet błękit jej oczu kojarzył się z niebem w pełni lata.
Ale była jesień, a niebo stawało się szare, tak jak jej oczy również szkliły się…
Stała w zimny, jesienny poranek, w za małym ubraniu, starym i zniszczonym, sama, z szeroko otwartymi oczami wpatrzona w postać muzyka. Wyglądała jak mały anioł, który gdzieś zagubił się na tej złej, okrutnej Ziemi.
Muzyk zdawał sobie sprawę z jej obecności, czuł na sobie jej wzrok. Przestał na chwilę grac i zastanowił się. Przypominał sobie coś. Dziewczynka już miała odejść, gdzieś w środku trochę rozczarowana, że przedstawienie już się skończyło, gdy usłyszała nowe dźwięki.
Znała tą melodię. Aż za dobrze.
Po jej policzka, jak po policzku porcelanowej lalki spłynęła łza.
Muzyk zadrżał nagle i szarpnął strunę zbyt mocno. Pomału na gryfie zaczęły rozkwitać czerwone kwiaty krwi.. Był pewny, że to róże. Skrzywił się i wytarł krew w szalik.
Dziewczynka wytarła łzy rękawem brudnej, jasnoróżowej bluzy. Muzyk wskazał na nią zakrwawionym palcem. Kiwnęła głową i ruszyła w jego kierunku.
Uśmiechnął się.
- Znasz tą piosenkę? – zapytał
- Tak. Moja mama nuciła mi ją gdy była mała – poczuła, że łzy znowu napływają jej do oczu , nieważne jak bardzo starała się nie płakać. Czuła, że w jego obecności nie wypada płakać tak dużej dziewczynce, tak jak wtedy gdy w szkole był Mikołaj. Zapytał się jej, jakie ma życzenie, a ona powiedziała, a wtedy ten śmieszny pan ze sztuczną brodą popatrzył na nią i wyszeptał tylko „Tak bardzo mi przykro”.
– Proszę, dokończ – wyszeptała po chwili
- Co się z nią stało?
- Umarła. Była chora – wytarła mokre oczy – Nigdy już jej nie zobaczę.
- To, że umarła, nie znaczy, że odeszła – odpowiedział spokojnie – Moje ciało odeszło, to wszystko – wyszeptał po chwili i zgodnie z jej prośbą dokończył melodię.
Dziewczynce zdawało się, że nawet woda z fontanny, brudna i szara, tańczy w rytm wystukiwany przez Muzyka. Ptaki zaczęły poruszać się w układzie, który znały tylko one, a słońce wynurzyło się zza chmur, by usłyszeć lepiej melodię.
Tylko ludzie. Tak szybko przemijali.
- Jak masz na imie? – zapytała nagle, gdy skończył
- Nie mam imienia – znowu się uśmiechnął, delikatnie, ale chyba ze smutkiem – N.N. Kiedyś nazywano mnie inaczej, ale teraz nie ma to znaczenia.
- Jesteś aniołem?
Wybuchnął śmiechem.
- Nie słuchają cię – wyszeptała dziewczynka wskazując na ludzi.
- Ty mnie słuchasz – stwierdził tylko i uśmiechnął się.
Muzyka zmieniła się. Teraz przypominała wodę. Dziewczynka nie potrafiła wytłumaczyć, dlaczego, ale była pewna, że tak było.
Usiadła na zimnej kostce, którą wyłożona plac i wsłuchała się w dźwięki.
- Więc czym jesteś? – zapytała nagle
- Patrz.
Melodia stała się dziksza, każdy kolejny dźwięk był niższy od poprzedniego.
A z placem zaczęło się dziać coś dziwnego.
Dziewczynka była pewna, że nawet niebo stało się dziksze. Słońce przybrało kolor krwi, jaka jeszcze przed chwilą płynęła po gryfie, a teraz zastygła, chmury niczym czarny, wulkaniczny pył zasłaniały cały nieboskłon. Widziała ogniste błyski na niebie, chociaż była pewna, że dalej jest na placu.
- Mogę być wszystkim, czym chcę, ponieważ jestem sobą - wyszeptał
Budynki zaczęły porastać bluszczem, kamienie pękały pod naporem zielonych witek. Kilka bogato zdobionych balkonów runęło z hukiem, który jednak wydał się nierealny. W jednej z kamienic zapadł się dach. Nawet płytki, które pokrywały plac, pękały i porastał je mech. Nagle z czarnych jak smoła chmur spadł deszcz. Ogromne krople rozprysły się tuz pod jej nogami, ale ona sama nie czuła ich. Nie była nawet mokra.
Melodia stałą się szybsza.
- Przestań – powiedziała nagle. Bała się tego.
Świat rozpłynął się na moment, by ukazać się znów w starej formie.
- Oni nie widzieli tego , prawda? Nie widzieli, ale mogli widzieć?– zapytała, wskazując na kilka osób obok fontanny.
- Nienawidzą mnie – odpowiedział muzyk
- Dlaczego?
- Przeszkadzam im.
- W czym?
Wzruszył ramionami.
- Nie mogę ich uderzyć w twarz i powiedzieć „Otwórz oczy”. Dlatego muszę grać, mając nadzieję, że to coś zmienia. Bo inaczej… Nie mam celu. Kiedyś miałem mój słodki cel, ale wyrwana ją z dłoni życia. A jeśli nie będę miał celu, skończę jak Slab.
- Co zrobił Slab?
- Zabił się na scenie. Był człowiekiem, tylko człowiekiem. Powiedział „Nienawidzicie mnie, nienawidzicie” a oni skandowali jego imie, jakby był bogiem, ale nikt nie pomyślał, że jednak jest człowiekiem. I dopiero gdy przestał oddychać, zdali sobie sprawę, że trzeba zadzwonić po lekarza. A przedstawienie musi trwać. Ale śmierć nie przeszkadza tworzyć mu dobrej muzyki.
Zamilkła na chwile, by znowu zawołać.
- Ale oni cię nie słuchają!
- Nie mają czasu, dlatego. Tak bardzo się śpieszą.
Kiwnęła głową.
Milczeli znowu. N.N. Nie grał niczego. Nie chciał.
- Kim była ona? – zapytała
Wzruszył ramionami.
- Darem z niebios, na który nie zasługiwałem. Była dobrym człowiekiem, tak dobrym, że chciałem się tego uczyć od niej każdego dnia. Każdego dnia tak jak ona dostrzegać to, co inni omijają. Ale zabrano ją, zabito i pochowano, a cóż ja mogłem zrobić. Nawet nie dano mi jej uratować, co jest tym bardziej przykre. Pozwolono mi patrzeć, jak umiera. Wiesz, gdy już umierała, chciałem zrobić wiele rzeczy. Ale ona zanuciła.
I jeśli dzisiaj umrę
Podnieś się, podnieś się
Bo tak naprawdę nic się nie liczy
Wtedy zrozumiałem, że mam inny cel. Że musze mieć inny cel.
- Bo skończysz jak Slab?
Uśmiechnął się.
Znowu wpatrywali się w ludzi. Na placu panował teraz tłok. Ludzie przepychali się między sobą, szli jak najszybciej, by zaoszczędzić jak najwięcej czasu.
Wtedy zaczął kropić deszcz. Zaczęło się niewinnie, ale po chwili deszcz padał gęsto. Ludzie rozbiegli się, jakby woda była trująca i powodowała śmierć. N.N. spojrzał na niebo. Przypomniał sobie inny deszczowy dzień, gdy pewna dziewczyna powiedziała Ciemności „Jak możesz twierdzić, ze coś takiego jak Ty może kochać, kłamco?’ i skoczyła w dół. Deszcz zmył jej krew z chodnika.
- Patrz! – wykrzyczała nagle dziewczynka – Patrz! Tęcza!
Promyki światła przedostały się przez ciemne chmury i rozprysły wszystkimi kolorami świata w kroplach.
And shine…
Dziewczynka tańczyła w deszczu, śpiewając coś na cały głos. Nagle podbiegła do niego
- Dziękuję – powiedziała
- Ja też – odpowiedział i ukłonił się – Mogę ci powiedzieć coś ważnego?
- Możesz.
- Jeśli nie masz czasu by zatrzymać się i posłuchać, nie masz czasu by żyć. A więc po co żyć. Rozum to jak chcesz.
Dziewczynka zrozumiała go bardzo dobrze.
Podziękowała jeszcze raz i powiedziała, że musi iść. Że musi wracać, bo babcia będzie się martwić. I że ma nadzieję, że jeszcze kiedy się spotkają. N.N. skinął głową a ona odbiegła. Westchnął bardzo cicho.
Następnego dnia potrącił ją pijany kierowca. Roztrzaskał jej głowę, a krew rozkwitła czerwonymi różami. To na pewno były róże.
#copypasta

Zaloguj się aby komentować