Latorośl ma młodsza odziedziczyła po ojcu zamiłowanie do koncertów. Co jakiś czas wyciąga mnie na mniej lub bardziej popularnych artystów, a że gust ma nie najgorszy, raczej trafiamy na te kameralne, klubowe.


W zeszłym roku namówiła mnie na zakup biletów na koncert Raye. Artystkę znałem z kilku utworów, przelotnie i z własnej woli nie umieszczałem jej na swojej playliście. Zupełnie nie moja bajka. Miejsce koncertu szczególnie nie zachęcało - Arena... UĆ (k⁎⁎wa). Jeszcze dzień przed wyjazdem dopytywałem starszej córki, czy może chce za mnie jechać potowarzyszyć siostrze na koncercie. Odmówiła... na szczęście.

Koncert jak w filmie u Hitchcocka - najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło. Raye, w kontrze do standardów, jako pierwszy utwór wybrała aktualnie swój najpopularniejszy utwór - Where is my husband, wykonany w towarzystwie ponad dwudziestu muzyków, gdzie oprócz standardowego instrumentarium był dość silny skład orkiestry symfonicznej. Po pierwszych taktach Atlas Arena odleciała a stan euforii trwał do samego końca. Mnie w sumie nadal unosi Raye, zaserwowała nam ekspres przez epoki i style muzyczne. Był POP, opera, funk, jazz, R&B, ostre, metalowe riffy, rap, muzyka filmowa, techniawa. Dosłownie WSZYSTKO i do tego podane w tak miodny, wysublimowany sposób, że trafiało głęboko w serce. Kropeczką nad 'i' był kontakt z publicznością - naturalny, nienachalny, flirtujący. Spoko kumpela z osiedla.

Wyszedłem oczarowany i z ręką na sercu muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych koncertów, na jakich miałem okazję być. Zgadzało się wszystko - muzyka, artystka, scenografia. Po koncercie przytuliłem dziecko i podziękowałem za moc wrażeń, które dzięki niej miałem okazję doświadczyć


#muzyka #koncert

8956b1b0-0a48-4e78-8d2f-629669c0c613

Komentarze (0)

Zaloguj się aby komentować