Latorośl ma młodsza odziedziczyła po ojcu zamiłowanie do koncertów. Co jakiś czas wyciąga mnie na mniej lub bardziej popularnych artystów, a że gust ma nie najgorszy, raczej trafiamy na te kameralne, klubowe.
W zeszłym roku namówiła mnie na zakup biletów na koncert Raye. Artystkę znałem z kilku utworów, przelotnie i z własnej woli nie umieszczałem jej na swojej playliście. Zupełnie nie moja bajka. Miejsce koncertu szczególnie nie zachęcało - Arena... UĆ (k⁎⁎wa). Jeszcze dzień przed wyjazdem dopytywałem starszej córki, czy może chce za mnie jechać potowarzyszyć siostrze na koncercie. Odmówiła... na szczęście.
Koncert jak w filmie u Hitchcocka - najpierw trzęsienie ziemi, a potem napięcie rosło. Raye, w kontrze do standardów, jako pierwszy utwór wybrała aktualnie swój najpopularniejszy utwór - Where is my husband, wykonany w towarzystwie ponad dwudziestu muzyków, gdzie oprócz standardowego instrumentarium był dość silny skład orkiestry symfonicznej. Po pierwszych taktach Atlas Arena odleciała a stan euforii trwał do samego końca. Mnie w sumie nadal unosi
Wyszedłem oczarowany i z ręką na sercu muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych koncertów, na jakich miałem okazję być. Zgadzało się wszystko - muzyka, artystka, scenografia. Po koncercie przytuliłem dziecko i podziękowałem za moc wrażeń, które dzięki niej miałem okazję doświadczyć
#muzyka #koncert
