Jeszcze w kontekście wczorajszego znaleziska dotyczącego Karola Estreichera, mój stary wpis dotyczący rabunku polskich dzieł sztuki podczas WWII:
Niemcom i Austriakom wciąż przypominamy, iż wciąż czekamy na zwrot: „Walki karnawału z postem" Pietera Brueghla, "Portretu młodzieńca" Rafaela, "Chrystusa upadającego pod krzyżem" Rubensa, „Józefa opowiadającego sen” Rembrandta, „Exlibris Willibalda Pirckheimera” Durera (i tysięcy innych dzieł sztuki). Za parki, chodniki, pływalnie, światłowody i drogi z szyldem "projekt współfinansowany przez UE" dziękujemy, ale o zrabowanych nam dziełach wciąż pamiętamy. Jeśli podliczymy straty wojenne Polski (oszacowane na 886.000.000.000 dolarów), dotacje unijne (szacowane na 110.000.000.000 euro. Przez 15 lat członkostwa otrzymaliśmy ponad 163 mld euro. W tym samym czasie do unijnego budżetu wpłaciliśmy 53 mld euro), okażą się małym plasterkiem na krwawiąca ranę. Wspaniale, że wybudowaliśmy tysiące placów zabaw, tyle pływalni, że sam nie wiem w której moczyć nogi, pięknie położono chodniki, otworzono granice... Tylko ile to wszystko znaczy, przy utraconych dziełach kultury wysokiej? Przy hodowli określonego typu ludzi prawdopodobnie wystarczająco wiele, ale co z tymi, którzy nie pozwolą się hodować?
Zdjęcie: Rafael, Portret młodzieńca, zrabowany w 1940 z Muzeum Czartoryskich w Krakowie. Zdjęcie zapożyczona stąd: https://pl.wikipedia.org/wiki/Grabie%C5%BC_polskich_d%C3%B3br_kultury_w_czasie_II_wojny_%C5%9Bwiatowej
