Dzisiaj udało się zagrać w The Estates. Jak każda gra skupiona niemalże wyłącznie wokół licytacji, mechanicznie wchodzi częściowo w domenę gier towarzyskich/imprezowych i dlatego wymaga odpowiedniej ekipy żeby można się było przy niej dobrze bawić.


To, co jest w niej wartego uwagi:


  • jak na grę niebędącą strategią/grą wojenną, tona negatywnej interakcji

  • duży chaos w trakcie rozgrywki objawiający się koniecznością kompletnej reorientacji własnej strategii w reakcji na sytuację na planszy

  • piękne wydanie - drewniane bloczki pięter robią robotę (estetyka produkowanych gier to wyjątkowo mocna strona wydawnictwa Capstone)


Dzisiaj udało mi się wygrać z oszałamiającym wynikiem -21 punktów (oponenci mieli kolejno -28 i -83 punkty). Motyw z sabotowaniem sytuacji punktowej przeciwników w momencie, kiedy samemu nie udaje się zdobyć pozytywnego wyniku to w istocie najzabawniejszy element gry.


#gryplanszowe #grybezpradu

eee9dec1-9259-43b7-8a29-9fa9e84e2efb

Komentarze (3)

W grze da się wylicytować wszystko - choćby cylinder podwajający punkty za budynki na jednej z trzech alejek budynków. Tematycznie można to chyba wyjaśnić tak, że gracze dają łapówkę burmistrzowi miasta.

876c4592-b3bb-425f-a325-347cfa70ce51

Zaloguj się aby komentować