#bekazkatoli #kosciol

Mozna się z autorem nie zgadzać,ale w jednym ma rację.Kościół katolicki w Polsce to niereformowalny beton.Czarna mafia ma się dobrze.I to wszystko w imię wiary.

Źródło: profil K.Z. Bielewskiego na FB

PAPIEROWY KRZYŻ I ZŁOTE KARTY – KOŚCIÓŁ W TRYBIE LUKSUS

Niektórzy wierzą w cuda, ja – w PIT-y i paragony. Dlatego, gdy słyszę, że Kościół „nie ma z czego żyć”, to mam ochotę zanucić „Barkę” w rytmie disco polo i zapytać, ile kosztuje dziś zbawienie, z podatkiem czy bez. Kościół w Polsce to nie wspólnota, to holding. A ksiądz to nie pasterz, tylko dyrektor do spraw przepychania się po datki.

Tu nie chodzi o wiarę. Tu chodzi o władzę, pieniądze, seks i tajemnice, które cuchną jak kadzidło z odzysku. Kiedy słyszymy o Funduszu Kościelnym – tym stalinizmem zwanym subwencją – przypomina się, że mamy 2026 rok, a państwo polskie nadal funduje biskupom ZUS i konserwację marmurowych kropielnic. 272 miliony złotych. Rocznie. Na instytucję, która zatrudnia własnych księgowych, prawników i – jak się okazuje – kochanki.

Celibat? Aha. Na papierze. W rzeczywistości to fikcja godna Netflixa. Byłych księży, partnerki, dzieci „na boku” i haracze dla milczących przełożonych. Parafie jako pralnie pieniędzy, probostwa jako rezydencje, seminaria jako szkoły życia w bezkarności. Zamiast duchowego przewodnictwa – leasingi, libacje i luksusy. Proboszcz z Harleyem to nie anegdota. To model.

Wierni, ci biedni frajerzy z kopertami, fundują kolacje w hotelach pięciogwiazdkowych, bieliznę z katalogów premium i wakacje na Malediwach. A w zamian dostają błogosławieństwo i upomnienie o spóźnionej wpłacie. Kościół nie zna litości, zna tabelę darowizn.

Jest jeszcze gorzej. To system ochronny dla przestępców w sutannach. Homoseksualne orgie w plebaniach, relacje z ministrantami pod dywanem, SMS-y z treścią, która powinna lądować w aktach śledczych, nie na ambonie. A kiedy w końcu wybucha skandal – wina spada na „kobietę grzeszną”, a ksiądz zostaje przeniesiony. Z parafii do parafii. Jak pedofilska poczta.

I oto mamy nowego papieża – po śmierci Franciszka, ostatniego, który próbował posprzątać to stado świętych przekrętów. Nowy następca Piotra? Cóż, wciąż ciepły w fotelu, zbyt świeży, by ocenić, zbyt milczący, by zaufać. Ale jedno wiemy: Rzym od zawsze ma inną definicję grzechu niż reszta świata.

A Polska? Tutaj króluje Jędraszewski – nacjonalistyczny kanclerz duchowej ciemnoty. Facet, który zamknął okno papieskie i otworzył sejf. Zwolnił samotne matki pracujące w kurii, wybudował sobie pałac godny Monte Christo, a teraz – jako emeryt – przeniósł się do rezydencji w centrum Krakowa. Jego twierdzą jest parafia, jego pretorianami: księża od kasy i zastraszania. Obajtek polskiego episkopatu – ksiądz Michalczewski – trzyma klucze do kościelnych milionów. Majątek mariacki, kamienice, hotele, a jak trzeba – i zabytkowe obrazy. Kościół w Krakowie to nie duszpasterstwo. To holding Fr3 z logo krzyża.

I oto na scenę wchodzi kardynał Ryś – nowy metropolita, człowiek wiary i dialogu. Różni ich wszystko: Ryś mówi o pojednaniu, Jędraszewski o in vitro jako szatańskim planie. Ryś przeprasza Żydów za Brauna, Jędraszewski ich publicznie upokarza. Ryś to duchowny współczesności, Jędraszewski – żywa relikwia lat 50. Pytanie, czy Ryś zdoła odbetonować tę strukturę. Czy otworzy zamurowane okno i zamknie tę duchową mafię.

Bo to mafia. Z własnym kodeksem milczenia, własnym mechanizmem awansów i kar, i z jednym celem: przetrwać. Jak mafia – opiera się na lojalności, gotówce i grzechu, który można przykryć ciszą. I z jakiegoś powodu, wciąż mają miliony wyznawców. Może dlatego, że w Polsce Bóg mieszka nie w niebie, tylko w Urzędzie Skarbowym, gdzie nie wolno sprawdzać przelewów z tacy.

A co z Tuskiem? Obiecał rozliczenia, likwidację Funduszu Kościelnego, świeckie państwo z krwi i kości, a nie z opłatka i kropidła. Minęły miesiące, a rozliczeń jak nie było, tak nie ma. Komisja? Jeszcze się nie zebrała. Konkordat? Wciąż nienaruszony. Deklaracje Tuska brzmią dziś jak kazanie o ubóstwie z ambony wyłożonej marmurem. Zamiast politycznej rewolucji – polityczny konfesjonał. I znów Kościół rządzi zza ołtarza, trzymając jedną rękę na Biblii, a drugą na budżecie.

Czy jest jeszcze miejsce na wiarę? Tak. Ale nie w biurach parafialnych. Nie w piwnicach plebanii z workami banknotów. Nie w ustach hipokrytów, którzy jedną ręką głaszczą dzieci, a drugą przeliczają koperty. Wiara, jeśli gdzieś się tli, to w tych, którzy – mimo wszystko – nie przestali zadawać pytań. I domagać się prawdy.

Czas rozliczeń? Przekroczony termin. Potrzebujemy rewolucji, nie reformy. Apostołów, nie księgowych. Zamiast święconej wody – zimnego prysznica dla całego tego systemu.

KONIEC FELIETONU – AMEN. Z PRZYCISKIEM ALARMOWYM.

93da3c30-2505-456e-995d-c2157b3278ce

Komentarze (1)

No właśnie nie potrzebujemy. Niech giną. Dotychczas kościół miał łatwe zadanie: masz tu ochrzczone gościa, więc wystarczy go tylko odpowiednio kształtować. A jaki kościół (dowolny) ma pomysl na przyciągnięcie nowej, pełnoletniej "duszy"? Ano ni ma.

Zaloguj się aby komentować