Szedł. W malignie. Kroki stawały się ciężkie. Przez jego głowę przewijały się słowa przysięgi: „nie wezmę sobie żony, nie będę miał ziemi, ojca ani dzieci” - tak mówił pod czardrzewem do lorda dowódcy. Był światłem w ciemności. Ogniem przeciw zimie. Naprawdę w to wierzył, gdy wychodził poza Mur, by zebrać informacje o nieprzyjacielu. Zima zaskoczyła go daleko na północy. Koń padł dzień temu, a on, otulony szczelnie płaszczem, zmierzał na południe. Musiał powiedzieć swym braciom, czego dowiedział się na północy. Oddech palił płuca, każdy ruch był ostatnim. Upadł na kolana. Zrobiło mu się tak ciepło i przyjemnie. Zamknął oczy. Musiał się trochę przespać. Jego ostatnie słowa... Nadchodzi noc i zaczyna się moja warta. Zakończy ją tylko moja śmierć.