Album wrzucam tutaj (po raz drugi zresztą) głównie ze względu na otwierający go utwór, który jest mocno rozbudowanym coverem tematu przewodniego z "Ataku Na Posterunek 13", kultowego thrillera Johna Carpentera z roku 1976. Autor, Mark Shreeve był brytyjskim muzykiem sesyjnym i klawiszowcem tworzacym w stylu szkoły berlińskiej (tym samym w którym tworzy grupa Tangerine Dream). Do produkcji albumu wykorzystano instrumenty: Roland Juno 60, Yamaha CS30, Sequential Circuits Pro-one i Roland TR-808.
Dzisiaj przenosimy się w czasie do roku 1972, do czasów kiedy niejaki Klaus Schulze pożegnał się z posadą perkusisty w Tangerine Dream oraz Ash Ra Tempel. Irrlicht to pierwszy album z przebogatej dyskografii, wydany pod własnym nazwiskiem. Jeśli słyszeliście kiedyś jakieś dokonania KS, to wasze wyobrażenia o jego muzyce w kontekście tego albumu są błędne. Z tego co można wyczytać, Klaus wtedy wcale nie posiadał syntezatorów, a jego instrumentarium składało się między innymi z organ, nagrań orkiestry i kilku innych elementów. Biednie? Niby tak, ale inwencja twórcza zaowocowała mroczną, chłodną (lodowatą wręcz), przygodą w odmęty szaleństwa (lub kosmosu, jak komu wygodniej).
Album składa się z trzech utworów (na winylu nawet z dwóch, gdyż dwa z nich są “spięte” razem), a na reedycji pojawił się bonusowy czwarty numer.
Otwierający album 1. Satz: Ebene to trwająca 23 minuty iście Lovecraftowa przygoda prosto w odmęty szaleństwa. Zaczynająca się niepozornie, z każdą chwilą coraz bardziej przygniata swoim złowieszczym klimatem. Kolejne minuty przybliżają nas do coraz bardziej epickiego, opętańczego finału, podobnie jak u Samotnika z Providence. Dopiero 2. Satz: Gewitter pozwala nam na niespełna 6 minut “odetchnąć”, zabierając nas gdzieś w pustkę kosmosu. 3. Satz: Exil Sils Maria to kolejne 22 minuty mrocznej, złowieszczej muzyki, która zabiera nas gdzieś na drugi koniec galaktyki. Pustka, samotność, opuszczone cywilizacje (akurat wczoraj oglądałem Alien i mi się skojarzyło z LV-426). Kiedyś myślałem sobie, że odsłuchanie tego utworu w lesie, w środku nocy mogłoby być niesamowitym przeżyciem, o ile bym przeżył. Dziś pewnie ten utwór dostałby łatkę dark ambientu. Wspomniałem na początku, że reedycja posiada bonusowy utwór - Dungeon. Jakby komuś było mało, kolejne 24 minuty złowieszczej, mrocznej muzyki, w jakiś dziwny sposób kojarzącej mi się z przelotem ogromnego statku obcej cywilizacji.
Irrlicht: Quadrophonische Symphonie für Orchester und E-Maschinen to kawał dobrej, ale zarazem trudnej w odbiorze muzyki. Warto dać jej szansę jak ktoś lubi muzyczne eksperymenty. Poniżej wrzucam dwie wersje okładki oraz pierwszy utwór.